Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /usr/home/romo86/domains/sep.nysa.pl/public_html/libraries/cms/application/cms.php on line 464 rok 2016

rok 2016

B Ł Y S K A W I C A   kronika

KOŁA SEP nr 28 ZIEMI NYSKIEJ

 

Rok trzeci edycji w 70-ta rocznice powstania
Kola Stowarzyszenia Elektryków Polskich na Ziemi Nyskiej
(czerwiec 1946 rok)

 

2016 styczeń 22 - 24 Wyjazd karnawałowy do Zakopanego i Szaflar.

  • Kraków, wizyta w Operze Krakowskiej - operetka „Baron Cygański”;
  • „Borowy Dwór” Biznes, SPA & Fun – hotel w Szaflarach;
  • Zabawa karnawałowa w restauracji „Borowy Dwór”;
  • Wodny relaks w Szaflarskich Termach;
  • Zimowa zgadywanka – kulig – będzie czy nie będzie - śnieg i kulig …też;
  • Niespodzianka – powrót do PRL– u;
  • Zakopane – zapoznanie z miejscowością i okolicą. Spacer po urokliwych ulicach stolicy Tatr w towarzystwie licencjonowanego przewodnika.

Witamy Nowy Rok w koleżeńskim gronie przy muzyce i turystycznej wędrówce. Nie zabrakło też sympatyków Koła SEP  nr 28 Ziemi Nyskiej, którzy zawsze są mile widziani w naszym towarzystwie. Wspólna zabawa, spędzanie czasu to dobra i sprawdzona tradycja w naszym kole. Tym razem kierunek Podhale. Inspiracją wyjazdu jest … niezmordowany tropiciel atrakcji wszelkiego rodzaju koleżanka Dorota Stecko. To dzięki jej inicjatywie znów ruszamy w Polskę po nową przygodę.

Ponownie w grodzie Kraka (po rocznej nieobecności w tym mieście). Tym razem wpadamy tylko do Opery Krakowskiej na „Barona Cygańskiego” Johanna Straussa. To klasyka gatunku, a jak Strauss to liczy się muzyka, gdzie obok walca wiedeńskiego tym razem królują melodie cygańsko – węgierskie. Przedstawienie charakteryzowało się dobrym poziomem muzycznym, kostiumami i scenografią oszczędną, ale zauważalną. Wartkim tempem i wyrazistością. Do takiej operetki nie trzeba nikogo przekonywać. Renoma krakowskiej opery robi swoje.

Atrakcji wiele, klimat dopisuje tylko kondycji musi jeszcze starczyć, ale znając towarzystwo to ”damy rade…”.

Zakopane wita nas śnieżną szatą, lekkim mrozem i przewodnikiem tatrzańskim, który proponuje wycieczkę do Doliny Kościeliskiej sugestia zostaje przyjęta.
Ruszamy. To jedna z najczęściej odwiedzanych dolin, ale też najpiękniejsza i najdłuższa (9km) w Tatrach Zachodnich biegnąca dnem Doliny Kościeliskiej do schroniska „Ornak” (wybudowane w latach 1947-1948 w stylu zakopiańskim) na Małej Polanie Ornaczańskiej (Hali Ornak). Występują tu ciekawe formy skalne i potok Kościeliski dodający uroku. Na stromej skale nad potokiem tablica poświęcona Kazimierzowi Kantakowi – bojownikowi o Polskość. Można było też usłyszeć przewodnickie (góralskie) bajanie o śpiących rycerzach (Pola-na Pisana), starym szlaku kupieckim i przemytniczym na Słowację. Tutaj często na podróżnych napadali zbójcy, stąd okoliczne skały noszą takie nazwy jak Zbójnickie okna, Zbójnicka Turnia, Zbójnicki stół. Polana Stara Kościeliska w przeszłości ośrodek hutniczy (kuźnia, chaty robotników, kościółek od którego być może pochodzi nazwa Kościelisko). Przy drodze napotykamy kapliczkę „zbójnicką”- górniczą (tu stał prawdopodobnie kościół) oraz Młodą parę podczas sesji zdjęciowej. Zimową pieszą wędrówkę kończymy na Hali Ornak. Przyjemnie się spacerowało, bo słoneczko nas rozgrzewało. ….
W schronisku pokrzepiamy się, i w drogę powrotną. „Po drodze” odwiedzamy Sanktuarium M. B. Fatimskiej na zakopiańskich Krzeptówkach i spacerujemy po tzw. „Parku Fatimskim”, gdzie znajdują się niecodzienne pamiątki po papieżu Janie Pawle II (jak: pomnik Jana Pawła II w towarzystwie swojego sekretarza, obecnie kardynała Stanisława Dziwisza; figura Anioła Pokoju; Ołtarz papieski – pamiątka po odprawionej Mszy świętej pod Wielką Krokwią w Zakopanem podczas VI pielgrzymki Jana Pawła II do Polski).

Tak przy okazji pytanko. W którym roku część członków koła SEP nr 28 była już w tym rejonie Tatr i Zakopanego? (na wycieczce zorganizowanej przez Koło, nie mylić z firmowymi wyjazdami energetyków). Jak zawsze odpowiedź    na ostatniej stronie rocznika „Kroniki 2016” – cierpliwości!

Zabawa karnawałowa w góralskiej scenerii, przy muzyce kreowanej przez wprawnego DJ-a. Wystrój sali nawiązywał do góralskiej chaty. Towarzystwo jak zawsze skore do zabawy i tańca. Mimo wycieczki w góry pozazdrościć uczestnikom zabawy kondycji i wytrwałości. Zabawa prawie do białego rana usatysfakcjonowała nawet tych ”twardych” i niezłomnych. Ciekawie było.

W nocy sypał śnieg … hurrra!! kulig będzie. Rano na sanie czas ładować siedzenie swe. Koń z kopyta raźno mknie. Lasem, drogami, zagrodami, szerokim zawijasem, znów trochę lasem. Tak goście obwiezieni z sanny pewnikiem będą zadowoleni. Tak też było, a i na rozgrzewkę coś się „zakąsiło”.

Termy Szaflary. Fajnie mieć trochę lata zimą. Baseny z gorącą wodą i inne atrakcje mogą być taką namiastką. Zatem kilka podstawowych informacji o najstarszym, klimatycznym kąpielisku na Podhalu. Do dyspozycji mamy 4 baseny z wysoko zmineralizowaną wodą termalną, która pochodzi z odwiertu G-1 eksploatowanego przez „Geotermię Podhalańską”. Temperatura wody użytkowej utrzymywana jest w zakresie 300- 380. Łączna powierzchnia lustra wody to 970m kw. Baseny posiadają urządzenia do hydro masażu (bicze wodne, ławki do masażu, jeżyki, gejzery, szerokie i wąskie strumienie – tu każdy znajdzie coś dla siebie by się pomasować). Jest też „rwąca rzeka”, a także restauracja „Mokra”, gdzie na chwilę można odsapnąć od wody i uzupełnić zapasy energii.

Kto przybywa do „zimowej stolicy Polski” trudno się z nią rozstaje. Teraz czas na tradycyjny spacer po Krupówkach - „deptaku Zakopanego”. Czas na ostatnie pamiątkowe zdjęcia w zimowej scenerii miasta (dziś już „Białego misia” nie ma, ale był współczesny „Bałwan” – „Snowmen” z disnejowskiego „Frozen” ).
Po spacerze czas na niespodziankę i oto ona …

Restauracja PRL – zaproszenie do klimatycznej restauracji to niespodzianka od organizatora wycieczki. Wśród niepowtarzalnego wystroju można skosztować tzw. hitów gastronomicznych minionej epoki w towarzystwie góralskiej kapeli, która tak jak w minionych czasach przygrywała „do kotleta”.
Znów trochę wesołości i zabawy przy taktach góralskiej muzyki. Uczestnicy wycieczki Koła SEP nr 28 Ziemi Nyskiej rewanżują się koleżance Dorocie Stecko za wspaniałą wycieczkę i trud organizacyjny wręczając bukiet kwiatów z gorącymi podziękowaniami. ”100 lat” w rytmie góralskiej kapeli naprawdę brzmi wspaniale i niepowtarzalnie.

No i co, czyż nie warto było uczestniczyć w tej klimatycznej podróży? Aż żal wracać do codzienności życia, ale tak już mamy. Pozostaje nadzieja na kolejne atrakcyjne spotkanie. Jest to w pełni możliwe przy takim zarządzie koła, wśród którego są tacy inspiratorzy jak koleżanka Dorota Stecko.

 

 

 

2016 luty 04 Zebranie członków Koła SEP nr 28 Ziemi Nyskiej

  • Rys historyczny „Początki Energetyki na Ziemi Nyskiej oczami Seniora SEP kolegi Andrzeja Zaborowskiego” ;
  • Przedstawienie przez Zarząd planu pracy koła na rok 2016;
  • Dyskusja nad przedstawionym planem pracy koła;
  • To wszystko konsumując smaczne pączki od Zarządu Koła.

To tradycyjne zebranie Koła SEP nr28 Ziemi Nyskiej z dawką informacji technicznych wysłuchanych przy pączku i kawie/herbacie („tłusty czwartek” – taka tradycja w kole - spotykamy się w każdy tłusty czwartek). Po niedawnej porcji relaksu na podhalańskiej ziemi czas na tematykę techniczną.

Ciekawy temat animował kolega Marian Osipiuk (prezes koła). Wróciliśmy do źródeł jeszcze żywej, czasem prawie już zapomnianej historii naszego regionu. Wysłuchać wspomnień z odbudowy energetyki na Ziemi Nyskiej po II wojnie światowej pioniera energetyki, pracownika ZE później ZWSSE i członka SEP. Kolega Andrzej Zaborski zrobił to z wspaniałą swadą i reporterskim zacięciem. Były to epizody z pierwszego pobytu w Nysie, lat szkoły czy pierwszej pracy.
W telegraficznym skrócie dla przypomnienia kilka z nich. Na początku pierwszy kontakt z Nysą to 1945 – spotkanie z gruzami i zniszczonym miastem. Los nie był łaskawy i już wiosną 1946 rzuca go ponownie do Nysy. Później urokliwy zapach nyskich lip zniewolił go i pozostał … do dziś. Zaczyna się odbudowa potencjału energetycznego kraju w tym i Ziemi Nyskiej. Kolega Andrzej bierze w tym udział. Wydarzenia związane z „dostępem do prądu” były w tamtych czasach na tyle ważne, a ludzie w odbudowę energetyki zaangażowani. Nikt nie patrzył na koszty(np. często darmowe zakwaterowanie grup monterskich, zabicie prosiaka na poczęstunek, czy odstąpienie kilku butelek ”leśnej” wody źródlanej, nie wspominając o wykopanych dołach pod słupy, lub użyczenia własnej furmanki). Niebawem w Nysie przy „Okręgowych Sieciach Śląska Opolskiego” (OSSO) przekształcanych dziejową karuzelą zmian w „Zakład Energetyczny” kończąc na spółce „Tauron” {tak, to ten sam budynek przejęty po II wojnie światowej po firmie „Überlandwerk Oberschlesien” dawne „ÜWO” w dobrym stanie, w którym do dzisiaj mieści się kierownictwo nyskiej energetyki i pracuje część członków SEP naszego koła} powstaje pierwsze koło SEP na Opolszczyźnie. Było to w czerwcu 1946 roku.

Już w tamtych czasach kwitła turystyka SEP- owska, choć realizowana była bardziej spartańsko. Uczestnicy wycieczki „ładowali się” na firmowy samochód ciężarowy wyposażony w ławki do siedzenia i dalej w drogę. Bywały też i wojaże zagraniczne, ale rzadko, bo rzadko i do „naszych ludowych” sąsiadów.

Jeden z nich wisiał na włosku, bo zakup biletów na wycieczkę był prawie nie-możliwy ze względu na wracających z Góry św. Anny pielgrzymów, którzy licznie ustawili się szturmując kasę biletową, a odjazd pociągu bliski. Nasz SEP-owiec, gdy to zobaczył to tylko pokiwał głową i ze stoickim spokojem oświadczył „moi kochani, cóż czynicie, wszak wszyscy powinni się szanować, a nie robić taki tumult”. Na te słowa tłum rozstąpił się i padły te słowa ”to proszę niech ksiądz kupi te bilety – szczęśliwej drogi, z Bogiem”. Tak to drzewiej naszym kolegom trafiło się przysłowiowe „kurze ziarno”. Urok wspomnień zakończyć, już czas. Było tego jeszcze dużo, ale tu przydałby się drugi reporter – kronikarz chętny do spisania „dziejów” seniorów- weteranów nyskiej energetyki. Ocalić od zapomnienia czasy odbudowy kraju, opolskiej energetyki, historii opolskich kół SEP, które już dzisiaj nie istnieją.
Pozostawić wspomnienia dla historii, bo wiele faktów mija bezpowrotnie nigdzie nie zapisanych i za chwilę … w necie tego też nie znajdziecie.

Plan pracy - to w skrócie: wycieczki techniczne, krajoznawcze, sympozjum naukowe, tradycyjne imprezy sportowe, spływ, spotkanie środowiskowe -”Andrzejki” i może jeszcze … jakaś niespodzianka.
Dużym wyzwaniem dla Koła będzie organizacja uroczystości związanej z 70-cio leciem powstania koła SEP w Nysie (pierwsze na Opolszczyźnie). Szczegóły pozostawiam sobie na ciąg dalszy „Kroniki”.
Jak zawsze szczegółowy plan pracy Koła SEP nr 28 Ziemi Nyskiej do wglądu u pani Sekretarz koła koleżanki Doroty Stecko.

Do tego te pyszne pączki… mniam, mniam

 

2016 kwiecień 23 - 25 Wycieczka techniczna do Zakładu Produkcyjnego „Tele-Fonika Kable S.A.” w Bydgoszczy;

  • Udział w konferencji „Nowoczesne technologie produkcji kabli energetycznych niskiego i średniego napięcia” ;
  • Zwiedzanie zakładu – dawnej ”Bydgoskiej Fabryki Kabli’;
  • Gniezno zwiedzenie Katedry Gnieźnieńskiej, spacer po Centrum miasta, wizyta w Muzeum Archidiecezji Gnieźnieńskiej ;
  • Toruń zapoznanie się z Zespołem Starego i Nowego Miasta, Muzeum Piernika, pobyt w Browarze Jana Olbrachta;
  • Chełmno wizyta w mieście ;
  • Bydgoszcz – zwiedzenie miasta i... Muzeum Mydła i Brudu”.

Czas wypełniać statutowe obowiązki koła SEP propagując nowe osiągnięcia techniki. Taki też cel ma ta wycieczka do Zakładu „Grupy Tele–Fonika Kable S.A.” w Bydgoszczy największego producenta kabli elektroenergetycznych średnich i wysokich napięć w Europie. Uczestniczyć będziemy w konferencji na temat:” Nowoczesne technologie produkcji kabli energetycznych n/N i S/N”.
To wszystko zgodnie z wspaniałą i harmonijną tradycja naszego koła:
„coś z techniki, coś z krajoznawstwa i … troszkę przyjemności dla siebie”.
Zwiedzamy też po drodze ciekawe miasta i uczestniczymy w atrakcyjnych pro-pozycjach turystycznych. Czas to też prąd, więc nie traćmy go nadaremnie.

Ostatnimi czasy wczesne wyjazdy to standard. To skutek położenia Nysy w Polsce. Tak i dzisiaj ruszamy w drogę w towarzystwie chudego księżyca, który, mimo że chudy brutalnie popycha uczestników wycieczki Koła SEP nr 28 Ziemi Nyskiej w objęcia Morfeusza. Nie poddaje się tylko kierowca autobusu, reszta od czasu do czasu…

Kiedy już rano na dobre weszło w nasze ciało pojezierze gnieźnieńskie już nas witało. W oddali widok wież kościołów przybliżał cel podróży – Gniezno.
Owiane prastarą legendą o Lechu (Czechu i Rusie), który tu postanowił zakończyć swoją wędrówkę i „zagnieździć” się (osiedlić). Decyzję wzmocnił widok orlego gniazda. Tu powstanie „gniazdo” Lecha – gród na żyznej ziemi wśród lasów otoczony jeziorem (dziś pozostałość po wielkim jeziorze Gniezno to mniejsze jeziorka na terenie miasta jak: Jelonek{Wenecja}, Świętokrzyskie, Winiary{Łazienki}, Koszyk, Zacisze ). Na wzgórzu nad jeziorem wybudowano pierwszy kamienny zamek, później pierwszą świątynię. Gniezno jak Rzym rozmieszczone jest na siedmiu wzgórzach. Największe wzgórze to wzgórze Lecha, gdzie stał zamek, a dziś Katedra.

Jesteśmy tutaj niespełna tydzień po uroczystych obchodach 1050 rocznicy Chrztu Polski.
Zwiedzamy najważniejszy zabytek miasta – gotycką Katedrę Gnieźnieńską p.w. Wniebowzięcia NMP i sanktuarium św. Wojciecha, w której znajduje się bezcenny zabytek romańskiej sztuki odlewniczej z ok. 1175 roku „Drzwi Gnieźnieńskie” zwane też Porta Regia przedstawiające życiorys św. Wojciecha w 18 scenach(po 9 na każdej – wys. drzwi to 3,25m). W kościele pod wspaniałym baldachimem znajduje się relikwiarz św. Wojciecha - patrona Gniezna i Polski w kształcie srebrnej trumny wspartej na sześciu orłach.
Bazylika Prymasowska jest również miejscem koronacji pięciu królów Polski.
Z wieży podziwiać mogliśmy wspaniałą panoramę okolic Gniezna. Na wzgórzu Lecha (katedralnym) znajduje się również Kolegiata – zespół średniowiecznych budynków wraz z kościołem św. Jerzego oraz budynkiem Muzeum Archidiecezjalnego. Tu w „Skarbcu Katedry” mieliśmy okazję podziwiać trzecie, co wielości (po jasnogórskich i krakowskich) w Polsce zbiory; między innymi Kielich św. Wojciecha(złoty z agatową czarą). Ostatnio sprawował w nim mszę Jan Paweł II z okazji 1000lecia męczeńskiej śmierci św. Wojciecha (1997r). Kolekcję portretów trumiennych i wiele innych precjozów.
Odwiedziliśmy też „Dolinę Pojednania”, gdzie na pamiątkę II Zjazdu Gnieźnieńskiego w tysięczną rocznicę śmierci św. Wojciecha w obecności papieża Jana Pawła II i 7-miu prezydentów krajów Europy Środkowej i Wschodniej posadzono Dęby Pokoju.
W „chwili” czasu wolnego można było przekąsić co nie co. Podczas spaceru po Rynku (to już wzgórze Panieńskie) zobaczyć „Krąg darczyńców”. Rzucić okiem na barokowy kościół Świętej Trójcy z ciekawą amboną w kształcie łodzi. Obejrzeć resztki murów obronnych w rejonie kościoła. Jest również okazja uczestniczyć w obchodach związanych ze świętem św. Wojciecha, bo dziś Wojciecha - 23 kwietnia. Żegnając się z prastarym grodem Lecha, jego patronem św. Wojciechem, pierwszą stolicą Polski, pierwszą metropolią kościelną, Katedrą Gnieźnieńską – matką polskich Kościołów kierujemy jeszcze swe oczy na klasycystyczny Pałac Arcybiskupi i Rezydencję Sufraganów gnieźnieńskich.
Gniezno jest stolicą Polski do roku 1038, kiedy to do Gniezna wtargnął Brzetysław I– książę czeski pozostawiając po sobie spalone podgrodzia, zniszczoną i ograbioną katedrę oraz zburzony zamek książęcy. Król Kazimierza Odnowi-ciel, przenosi stolicę do Krakowa. Pożar w 1192 roku dopełnia reszty, niszcząc całkowicie zamek na wzgórzu Lecha. Gniezno ma swojego patrona św. Wojciecha. My solenizanta Wojciecha – Wspaniałego uczestnika wycieczki koła SEP nr 28 Ziemi Nyskiej. Dla podkreślenia tego doniosłego faktu kol. Wojciech Trzaskowski otrzymuje drobny upominek. Może będzie okazja dotknąć go na służbowym biurku. Też „laurkę”. Wojciechu wszystkiego n a j l e p s z e g o również z okazji awansu służbowe-go. Oczywiście nie obyło się bez tradycyjnego 100 lat, a gardła nasze wspierał... Duet muzyczny kol. Rozlazły & kol. Kobylański….”100 lat, 100lat, niech żyje, żyje nam …” a kto? Wojciech Wspaniały - nasz dzisiejszy solenizant zawsze pełen humoru i inicjatywy.

Toruń też ma swojego patrona – św. Jana Chrzciciela, choć nam bardziej kojarzy się z miastem narodzin Kopernika, miejscem gdzie powstają słynne toruńskie pierniki. Miasto jedne z trzynastu obiektów w Polsce które, wyróżnia się wpisem na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Swój niepowtarzalny charakter zawdzięcza przede wszystkim doskonale zachowanym zabytkom - gotyckim kościołom, barokowym spichrzom, pełnym uroku kamienicom , z których wiele posiada wygląd niezmieniony od stuleci. My gościmy nieopodal gotyckiej „Bramy Żeglarskiej”(jednej z trzech jeszcze zachowanych bram miejskich). Wchodziły one w skład systemu murów obronnych, barbakanów, baszt. Do dziś najlepiej zachowane są fragmenty wzdłuż nadwiślańskiego bulwaru po którym odbyliśmy spacer także w towarzystwie przewodnika miejskiego.
Po zakwaterowaniu i dobrym obiadku wyruszamy na spotkanie z Kopernikiem, a raczej na opowieść o historii i zabytkach Torunia prezentowanych ciekawie przez przewodnika. W trakcie turystycznego spaceru odwiedziliśmy Stary i No-wy Rynek, Staromiejski Ratusz(jeden z najwybitniejszych i najbardziej monumentalnych obiektów średniowiecznej architektury mieszczańskiej). Nie obeszło się bez wspólnego pamiątkowego zdjęcia przed pomnikiem Kopernika. Odwiedzamy ruiny Zamku Krzyżackiego wzniesionego w XIII w. w miejscu grodziska stąd nietypowy podkowiasty kształt. Tu znajdowała się siedziba komtura. Ciekawostka – w 1454 r. toruńscy mieszczanie ogłosili powstanie i zamek zdobyli (bez zewnętrznej pomocy zbrojnej), a następnie zburzyli i już… po Krzyżakach. Do dziś zachowała się wieża ustępowa i malownicze ruiny. Jesteśmy w miejscach związanych z Kopernikiem, czyli Domem Kopernika – muzeum. Jest to okazała gotycka kamienica uchodząca za miejsce urodzenia Mikołaja. Ojciec Kopernika jako zamożny kupiec posiadał też wspaniałą kamienicę w ciągu kamienic w rynku. Stąd konkretne miejsce urodzenia Mikołaja czasem wzbudza spory i wątpliwości. Członków SEP zainteresowała kamienica w której w 1921 roku z inicjatywy prof. A. Hoffmanna powstało pierwsze w Toruniu koło Elektrotechników Polskich (dziś SEP). Była okazja zrobić pamiątkowe zdjęcie.
Spichlerze średniowiecznego zespołu miejskiego to najstarsze i najciekawsze tego typu zabytki w Polsce. Są świadectwem zamożności Torunia minionego okresu. Było ich blisko sto – pozostało do dziś 30. My podziwiamy spichlerz barokowy, a prawie obok gotycki no i sławną Krzywą Wieżę (odchyloną od pionu o około 1,5m). Sprawdzali to niektórzy eksperymentalnie. Tak jest krzywa doświadczenie zaliczone. Powoli nadchodzi czas na kolejne sprawdzenia .
Miasto ciekawej architektury, wspaniałych zabytków, jest kontynuatorem starych tradycji mieszczańskich. Odwiedzamy staromieszczański Browar Jana Olbrachta, gdzie kadź warzelnicza jest wewnątrz kamienicy, a goście pijący „browarek” mają ją na oku. Jak na Toruń przystało jest też piwo o smaku piernikowym. Propozycja degustacji piwa ciekawa - 4ry na tacy. Warto tu jeszcze kiedyś zaglądnąć przy okazji kolejnego pobytu w Toruniu. Było klimatycznie i staromieszczańsko. Długie stoły, starodawny mieszczański wystrój wnętrza, piwko, jadło. Przyjemnie posiedzieć przy kufelku piwa, a głowa w takt śpiewanych piosenek niech sama się kiwa. Dzień się kończy, a my Toruniem i toruńskimi piernikami nienasyceni. Dobrze, że jutro też dzień na zwiedzanie i zapoznanie się ze sztuką piernikarską. Rano dnia następnego okazja zwiedzić po sąsiedzku gotycką katedrę śś. Janów (największą toruńską świątynię z barokowymi i rokokowymi ołtarzami). Uczestniczyć w mszy świętej. Przed nami ciąg dalszy zwiedzania Torunia i wizyta w Chełmnie miasta, które przez pewien czas było konkurentem Torunia. Dziś będzie nam dane osobiście upiec piernik i zabrać go sobie na pamiątkę. Dla części uczestników problem ile zrobić pierników, by zrekompensować nieobecność w domu i ilu będzie do obdarowania –„ przekupienia” ciekawą pamiątką. Niektórzy z zapartym tchem dzielą otrzymana grudkę „diabelskiego ciasta”
(tak kiedyś nazywano ciasto piernikowe – a legenda jest długa) na części, wał-kują i ugniatają w formach piernikowych. Potem do pieca i czekamy na efekt naszego dzieła w pierniczeniu (to się chyba źle się kojarzy, to niech będzie w piernikowaniu). Która grupa najlepsza w tym pierni…?. Wszyscy usatysfakcjonowani – pierniki się udały, pamiątka gotowa, certyfikat zdobyty.
Teraz bardziej bojowo, bo przed nami nie toruńskie pierniki, ale fortyfikacje i ich ciekawe dzieje. Zwiedzamy „Fort IV” im. St. Żółkiewskiego obecnie najlepiej zachowany(z 15 wybudowanych fortów) Twierdzy Toruń. Obiekt mieści stanowiska ogniowe, punkty dowodzenia, dwupoziomowe koszary, prochownie oraz magazyny połączone podziemnymi korytarzami. Wojenne dzieje fortów toruńskich są dobrą wykładnią przysłowia, „Jeżeli chcesz pokoju szykuj się do wojny”. Skutecznie „wystraszyły” swoją obecnością wroga - który ich i miasta, nigdy nie zaatakował. Miasto Toruń wyszło z obu wielkich wojen XX wieku praktycznie bez strat i zniszczeń. Spełniły swą rolę, choć w trochę inny sposób. Dziś w forcie działa turystyczne schronisko i baza gastronomiczna . Korzystaliśmy z fortecznej restauracji jedząc obiad. Duch najedzony, uzbrojony, tylko igrzysk brak.

Tak to po trudach dnia wypełnionego epizodami z historii czas na „dobrą zmianę”. Teatr im. Wilama Horzycy mieści się w stylowym secesyjnym budynku wzniesionym 1904 w miejscu dawnej fosy miejskiej. „Na deskach” teatru sztuka R. Harwoord`a „Kwartet”, na widowni my. Akcja sztuki toczy się w domu spokojnej starości muzyków. Jest to okazja do ukazania życia artystów, pełnego sukcesów w blasku fleszy, ale też porażek w gorzkiej samotności; czyli …”samo życie”. Na toruńskiej scenie gorzkie prawdy życia przykryto śmiechem. Spektakl był dynamiczny, chwilami naprawdę zabawny, a finałowa scena skończyła się bisem i owacjami na stojąco.
Toruń to miejsce gdzie przeszłość spotyka się z teraźniejszością zachęcając do „spacerów śladami historii” i europejskiego dziedzictwa kulturowego.

Chełmno to malowniczo położone miasto nad Wisłą na wzgórzach Wysoczyzny Chełmińskiej, stolica historycznej ziemi chełmińskiej, miasto hanzeatyckie leżące na Europejskim Szlaku Gotyku Ceglanego. Miasto powstałe na prawie tzw. Chełmińskim nadanego przez Krzyżaków w 1233roku. Było wzorcem dla 225 polskich miast ( Warszawy, Gdańska, Torunia , Wadowic). Chełmno to w pełni zachowana szachownicowa zabudowa miasta oraz prawie pełny obwód obronnych murów miejskich z XIII/XIV w. (długości 2270m). Spacerując uli-cami Chełmna mijaliśmy Baszty Prochową i Panieńską, Bramę Grudziądzką z kapliczką „Na Bramce”. Byliśmy w Parku Pamięci i Tolerancji im. Ludwika Rydygiera – światowej sławy polskiego chirurga, gdzie oprócz jego pomnika natrafiliśmy na niespodziankę - Park Miniatur Zamków Krzyżackich. Park to miniaturki zamków w Grudziądzu, Kurzętniku, Malborku (zamek wysoki), Rogoźnie, Toruniu, Radzyminie Chełmińskim, Pokrzywnie, Popowie Biskupim, Bierzgłowie. Część z nich już dawno nie istnieje, ale niektóre można jeszcze oglądać do dziś. Okazja podziwiać zamki oczami np. pilota z perspektywy lotu na wysokości, a wszystko to na wyciągniecie ręki – dotknąć też można. Byliśmy „u źródeł” nazwy „Chełmno – miastem zakochanych” . Zwiedziliśmy kościół farny p w. Wniebowzięcia NMP, jeden z najstarszych i największych świątyń Pomorza Wschodniego. Dzieło architektury gotyckiej, który w średniowieczu stał się modelowym rozwiązaniem dla innych kościołów. Kościół orientowany, trójnawowy, o dwóch kwadratowych wieżach(nierównych). Zbudowany z fundacji Zakonu Krzyżackiego. Tu przechowywane są relikwie św. Walentego (kawałek z głowy świętego w srebrnej puszce ze szklanym otworem). Ciekawym zabytkiem w kościele jest zawieszona pod sklepieniem nawy głównej XVII-wieczna Meluzyna, to znaczy głowa jelenia ufundowana przez Bractwo Św. Huberta. Głowa ta pełni funkcję higrometru. Za sprawą przechowywanych od stuleci w kościele farnym relikwii św. Walentego oraz obchodzonego w szczególnie uroczysty sposób Dnia św. Walentego Chełmno od kilku lat jest „Miastem Zakochanych”. Z tej okazji odprawiane są uroczyste msze święte w kościele farnym, podczas których wystawia się św. relikwie. W samym mieście nie brakuje walentynkowych zabaw, konkursów i wystaw. Współcześnie Chełmno - to Polska Stolica Zakochanych. W południe z wieży ratusza płynie hejnał. Pieśń „Wisła”, która powstała już w 1863 roku. Słuchamy stojąc na obszernym rynku i podziwiamy jeden z najpiękniejszych zabytków późnego renesansu. Ratusz w którym kryją się gotyckie pozostałości. Na jego tylnej elewacji zawieszony unikalny wzorzec tzw. „pręta chełmińskiego”. Pręt to 4,325 metra. Delektujemy się otoczeniem rynku o niepowtarzalnym uroku.
Promenada prowadzi nas (a raczej przewodnik) do… najpiękniejszego widoku na świecie – ciekawe prawda? ale, to nie tak – dochodzimy do miejsca gdzie … jest najpiękniejszy widok na…. Świecie. Oto przed nami w dole, w dali rozległa panorama Świecia i okolicy. Także krzywą wieżę widać. Jest to najwyższa „Krzywa wieża” w Polsce (35 m wys. i 10m średnicy – zwana też „Zamkiem wodnym” – pozostałość po krzyżackiej twierdzy). To wszystko dzięki dominującemu położeniu miasta ponad doliną Wisły. Panoramę Chełmna można oglądać ze wszystkich stron świata.
Niewiele minut potrzeba by stare Chełmno przejść wzdłuż i szerz, a jednak tym, którym „historia zapisana w cegłach” przemawia do wyobraźni, taki spacer może zająć całe godziny, dla niektórych może być to ”podróż przez wieki”.

Bydgoszcz - nowy dzień, nowe miasto również o wielowiekowej tradycji. Zachwyca przybysza przede wszystkim położeniem nad rzeką oraz kanałami przecinającymi centrum. My uczestnicy wycieczki technicznej zorganizowanej przez Koło SEP nr28 Ziemi Nyskiej w pierwszej kolejności udajemy się do głównego celu dzisiejszej podróży wizyty w fabryce o ponad 90-cio letniej tradycji. To Bydgoska Fabryka Kabli obecnie wiodący zakład „Grupy Tele-Fonika Kable S.A.”. Zakład Bydgoszcz jest największym producentem kabli elektroenergetycznych średnich i wysokich napięć w Europie. Kable wyprodukowane w BFK ułożono m.in. na londyńskim lotnisku Heathrow, czy metrze. Są też obecne w tunelu La Manche, morskich farmach wiatrowych jak i w warszawskim me-trze.
Historia zakładu rozpoczyna się od założenia Towarzystwa Akcyjnego ”Kabel Polski” i budowy fabryk w Bydgoszczy i w Warszawie. W 1923 roku po raz pierwszy w Polsce rozpoczęto produkcje kabli ziemnych, a od 1925roku bydgoska fabryka produkowała wszystkie rodzaje kabli i przewodów. Po wojnie „Kabel Polski” był jedyną fabryką kabli ziemnych w Polsce, która przetrwała
II wojnę światową bez zniszczeń. Następuje dalsza rozbudowa i modernizacja zakładu, który jest nadal wiodącym zakładem w produkcji różnych typów kabli. Od 2003 roku wstrzymano produkcję kabli telekomunikacyjnych i światłowodowych. Zbudowano nową halę produkcji kabli średnich i wysokich napięć. Dziś produkować można tu każdy kabel energetyczny zgodnie z życzeniem za-mawiającego.
Po konferencji - briefingu ruszamy w grupach na teren zakładu produkcyjnego. Zapoznajemy się z najnowszymi sposobami produkcji kabli. Obserwujemy pro-ces „powstawania” kabla od łączenia pojedynczych żył do finalnego wyrobu.
Nasiąknięci wiedzą techniczną udajemy się jeszcze na krótką (bo większość dnia to pobyt w fabryce) wycieczkę po mieście z przewodnikiem. Pada propozycja ciekawa i nietypowa. Krótkie zwiedzanie miasta z okien autobusu. Pani Karina przewodnik miejski swoja ciekawą trafiającą „do ucha” mało spotykaną narracją stara się nam przybliżyć zabytki Bydgoszczy w czasie autokarowego objazdu miasta. By było dokładnie i fachowo robimy dwa kółka. Reszta zwiedzania już pieszo. Padający z przerwami deszcz potwierdza słuszną decyzję pani Kariny. Zwiedzamy starówkę i okoliczne uliczki. Starówka bydgoska jest pięknie położona w zakolu Brdy. Zachowało się tu kilka zabytkowych kamienic, gotycki kościół farny św. Mikołaja i Marcina oraz dwa zespoły klasztorne
(bernardynów i klarysek).”Po drodze wpadamy” do Muzeum Mydła i Historii Brudu. To jedyne na świecie takie muzeum. Nie przypadkowo stworzono je w Bydgoszczy, mieście mającym bogatą historię przemysłu chemicznego i kosmetycznego. Kto by pomyślał po co wymyślono perfumy i peruki. My już wiemy skąd trafne może być powiedzenie „sławni ludzie żyli w brudzie”. Z cza-sem było już lepiej – proszek „Radion sam pierze” rozwiązywał problem ? – dziś pralka, którą wymyślono (w różnych wersjach) w XVIII wieku oraz prysznic (znany z Jesenika) daje chętnym pełen wypas czystości. Na pożegnanie zadanie domowe: wykonać własnoręcznie ciekawy kawałek mydła. To się narobiło …panie asystentki dyskretnie podpowiadały, choć dylematy zostawały (jaki kolor, zapach, co jeszcze dać do mydełka, do jakiej formy wy-lać). Trochę na „chybił, trafił” zadanie zrealizowano ku uciesze ich wykonawców i już jest mydełko, które można zabrać „Na pamiątkę”.
Czas na wizytę w Bydgoszczy powoli się kończy. Na koniec symbol miasta to kompleks szachulcowych spichlerzy z XVIII i XIX wieku wznoszących nad Brdą w centrum miasta. Rozpoznawalna jest też Wyspa Młyńska wraz z nowoczesną przystanią. Nie można pominąć bydgoskiej „Łuczniczki” która stała się nieoficjalnym symbolem miasta.

Tak wspaniały kontakt z dziejami historii, zabytkami – pamiątkami po minionym czasie zawdzięczamy „naszej SEP-owskiej lokomotywie turystyczno – rozrywkowej” kol. Dorocie Stecko. Nie byłoby też nowych doświadczeń w pierniczeniu i mydleniu. Oj! O ile bylibyśmy duchowo ubożsi gdyby nie Ty koleżanko Doroto .Techniczna strona wycieczki, ciekawa wizyta w bydgoskiej fabryce kabli „Tele – Fonika Kable” była udziałem kol. Andrzeja Pietruszewskiego. Briefing – konferencja to okazja zapoznania się z innowacyjnością i nowymi osiągnięciami technicznymi w produkcji kabli energetycznych. Muzyczne nutki wycieczki, wspieranie instrumentalne inicjowanych piosenek to zasługa nie-zmordowanych: kol., kol. Piotra Rozlazłego i Ryszarda Kobylańskiego. Dzięki za te akordy. Po wycieczce również „Książka Koła” wzbogaciła się o Kartę pamiątkowych autografów uczestników wycieczki oraz niepowtarzalną Kartę z pamiątkowymi pieczątkami turystycznymi w tym unikalny stempel „1050 rocznica Chrztu Polski GNIEZNO pierwsza stolica Polski”

Jak wiele może osiągnąć zgrany zespół potwierdza chyba moja relacja z pełnej atrakcji technicznych, turystyczno – krajoznawczych jak i artystycznych wy-cieczki zorganizowanej przez Koło SEP nr28 Ziemi Nyskiej.

Słowa uznania dla tych którzy ten klimat tworzyli jak i tych którzy go trans-formowali i wspierali.

 

 

 

2016 czerwiec 04 Olimpiada Energetyczna – Lipno k. Niemodlina

  • Zwiedzenie Muzeum Energetyki w Niemodlinie ;
  • Spacer po parku dendrologicznym w Lipnie (z przewodnikiem) ;
  • Olimpiada – konkurencje niespodzianki – „tematyka” energetyczna ;
  • Biesiada i zabawy przy muzyce.

Kontynuując stare zwyczaje Zakładu Energetycznego (dziś Tauron) tym razem Koło SEP (emocjonalnie i tradycyjnie związane z ZE) organizuje Olimpiadę Energetyczną. To niezupełnie zakładowe zawody sportowe (choć też będą). W „wydaniu” SEP-owskiego Koła Ziemi Nyskiej to coś więcej – to „3w 1”. Będzie zgodnie z maksymą koła: „coś z techniki, coś dla ciała, coś z rozrywki”.

Muzeum Energetyki w Niemodlinie. Powstało z pasji – pasji tworzenia, pasji zachowania i pozostawienia czegoś co trzeba ocalić od zapomnienia. Co już jest historią, albo zaraz nią będzie. Moja kronikarska ciekawostka ….… źródłem inspiracji powstania Niemodlińskiego Muzeum Energetyki było zwiedzanie elektrowni wodnej na rzece Kamienna i istniejącym przy elektrowni Muzeum Energetyki, gdzie zebrano około 600 urządzeń, aparatów i im podobnych „wynalazków”, które służyły zarówno energetykom jak i odbiorcom energii elektrycznej. Koledze Marianowi Osipiukowi ten pomysł głęboko zapadł w serce, że … zrealizował go w Niemodlinie. Było to podczas wycieczki do „Fabryki izolatorów AGRILON” w Jedlinie Zdroju, a koleżanka Dorota Stecko, była głównym organizatorem tej wycieczki i chyba jest nieformalną Matką Chrzestną „Muzeum Energetyki” w Niemodlinie. Nie będę opisywał co można zobaczyć w Muzeum. Ci co byli wiedzą.
Pozostałych oglądanie w Internecie eksponatów muzeum może też satysfakcjonuje, choć tam „ducha” eksponatom brak.
Szkoda, że mimo energetycznego przygotowania tak mało ludzi można zarazić pasją poznawania czegoś nowego, co nie zawsze jest przydatne zawodowo, ale daje możliwość wglądu w przeszłość i komfort innego bardziej panoramicznego spojrzenia w teraźniejszość.

Park w Lipnie – Ogród Dendrologiczny założony w 1782 r.(kiedy to posadzono pierwsze dwa jałowce wirgijskie, z których jeden rośnie do dzisiaj) z unikatowymi okazami drzew i krzewów z różnych części świata. Rosną tutaj m.in. tulipanowce, różaneczniki, azalie, Kalnie. Rośnie żywotnik olbrzymi - pamiętający czasy założenia ogrodu. O tych niezwykłych okazach opowiadał i po terenie parku i jego historii oprowadzał były wójt Tułowic pan Wiesław Plewa. Usłyszeliśmy wiele ciekawostek na temat przyrody. Porady jak wykorzystywać naturę w życiu (również jak zrobić dobrą nalewkę). Potwierdzając czynem swoje zapewnienia - my otrzymujemy zaproszenie do degustacji darów natury w postaci nalewki z rabarbaru lub aroniówki różanej lub. Dobre i niepospolite to..to było. To już koniec spaceru, a oto i … basen.

Basen – to nasz stadion olimpijski. Tu odbędą się konkurencje sportowe. Kolega Marian Osipiuk ogłasza konkurencje „olimpijskie” i zasady oceniania wyników. Jak olimpiada to rozpoczynamy od zapalenia Znicza Olimpijskiego. Robi to koleżanka Dorota Stecko. Już się pali, więc konkurencje czas zacząć. Na początku Panie prezentują swoją moc przystępując do = rzutu wkładką bezpiecznikową s/n =. Panowie jak na energetyków przystało = rzut izolatorem linii s/n=.
Kolejna dyscyplina dla wszystkich to = rzut telefonem komórkowym do celu =. Następnie przystępujemy do =testów=. Tu nie siła, a umysł trzeba było wysilić. Każdy brał udział – punktacja wynikowa zmuszała do intensywnego wysiłku, bo liczyła się końcowa suma punktów. Emocji było co niemiara.
Medale, dyplomy i nagrody czekają na zwycięzców. Skracając relację podaję tylko wyniki „Olimpiady” .

Panie:

I miejsce - kol. Sadowska Renata
II miejsce - kol. Sieniawska Ewa
III miejsce - kol. Stecko Dorota


Panowie:

I miejsce – kol. Kasperski Jan
II miejsce – kol. Dziekan Marek
III miejsce – kol. Sieniawski Marek


Medale wręczone igrzyska skończone, czas na zabawę.

Biesiada przy ognisku - fetując zwycięstwa jedliśmy wspaniałe potrawy. W przerwach śpiewając piosenki. Czas umilał i do śpiewania inspirował niezmordowany duet w osobach kolegów Piotra Rozlazłego i Ryszarda Kobylańskiego.
Było wesoło, spontanicznie i jak zawsze klimatycznie.

Organizator tego niezapomnianego dnia to kolega Marian Osipiuk i jego współpracownicy z Posterunku. Cześć i chwała im za to!

Dzień pełen wrażeń szybko dobiega końca i z żalem, ale...czas wracać do domu.

 

2016 czerwiec Do wiadomości :


Nyskie Koło SEP nr28 pracuje to i wyróżnienia otrzymuje o czym Wasz kronikarz informuje.

2016 sierpień 28 Spływ kajakowy po Małej Panwi.

  • Trasa spływu: Tropicana Zawadzkie – Amazonka Kolonowskie.
  • Mała biesiadka, po spływie.

Zamieniamy rowery na kajaki. Różnorodność jest wskazana i nie straszna uczestnikom organizowanych przez Koło Sep nr28 Ziemi Nyskiej różnego rodzaju imprez. Nie pierwszy to raz nyscy SEP -owcy uczestniczą w spływie kajakowym czy pontonowym.

Mała Panew to rzeka Śląska Opolskiego, prawy dopływ Odry. Jest rzeką meandrującą stąd też nazywana jest czasem „Opolską Amazonką”. Tak oto 34 członków wycieczki kajakowej stanęło na przystani . Po instruktarzu kajaki na wodę, wiosła w ruch. Lato piękne, słońce świeci, a skutki upałów widać po rzece. Wody mało, a przyrody i praw fizyki nie oszukasz.
Cała trasa ładna widokowo przez piękny malowniczy las, a rzeka cały czas zakręca. Po drodze od czasu do czasu przeszkody w postaci piaszczystych płycizn. Prawo Archimedesa działa i załogi gdzie „tonaż” był duży musiały precyzyjnie trzymać się głównego nurtu rzeki. Każde zboczenie to … mielizna i ręczne wypychanie kajaka po wejściu do wody. Oj! Napracowali się niektórzy. Tu smykałka do wiosłowania była wskazana a premią płynięcie z prądem. Czasem spotkać można było powalone drzewa – dzieło bobrów, ale zobaczyć je trudno.
Cała trasa to 12km spływu podczas którego główny wysiłek zmierzał do odpowiedniego sterowania kajakiem oraz wielka niewiadoma dodająca emocji – utkniemy na tej płyciźnie czy nie? Dotyczyło to tak samo wprawnych kajakowiczów jak i tych co wiosłowali po raz pierwszy. Tym drugim udawało się to znacznie częściej. Przystań docelowa połączyła znów wszystkich. Wspólne biesiadowanie, pieczenie kiełbasy oraz korzystanie z zorganizowanego poczęstunku regenerowało nadwątlone siły w spływie. Opowiadanie o tym jak było na trasie wypełniło ostatni akord tej wycieczki.

Niezapomniane przeżycia, piękne widoki, rekreacja i aktywny wypoczynek tego wszystkiego dostarczył spływ Małą Panwią. Wycieczkę – spływ zainspirowany przez Zarząd Koła SEP nr28 Ziemi Nyskiej zorganizowała kol. Dorota Stecko. Piękne podziękowania od uczestników spływu - członków Koła i ich wiernych sympatyków.

Rzeka Mała Panew ma 132km długości. Ciekawostka dla energetyków – na Małej Panwi jest rozmieszczonych 6 elektrowni wodnych o łącznej mocy 3,313MW, a w jakich miejscowościach oto pytanie? Odpowiedź na stronie > po zebraniu organizowanym w „tłusty czwartek” 2017.<

 

2016 wrzesien 09 Uroczyste obchody 70 - lecia SEP na Ziemi Nyskiej - gościnnie w salach Muzeum Powiatowego w Nysie.

  • wystąpienie Prezesa Oddziału Opolskiego SEP kol. Leszka Kosiorka; 
  • przedstawienie działalności nyskich kół SEP w ostatnim X –leciu; 
  • wręczenie odznaczeń i wyróżnień; 
  • koncert akordeonowy - standardy jazzowe złotej ery swingu; 
  • prelekcja techniczna prof. Waldemara Skomudka;
  • informacja kustosza Muzeum Energetyki w Niemodlinie o wystawie eksponatów elektrycznych w Sali Czasowej nyskiego muzeum;
  • zwiedzenie sal i zbiorów nyskiego Muzeum; 
  • „Historia SEP na Ziemi Nyskiej” we wspomnieniach A. Zaborskiego; 
  • Występ zespołu muzycznego „Castello”

70 lat istnienia to mało, a może jednak dużo. Dziś w stowarzyszeniu działa drugie, a może trzecie pokolenie techników i inżynierów spadkobierców tradycji SEP-owskich, twórców pierwszego koła SEP na Ziemi Nyskiej w nieistniejącym jeszcze województwie opolskim po II wojnie światowej.
Rocznicową uroczystość rozpoczął Prezes Opolskiego Oddziału SEP kol. mgr inż. Leszek Kosiorek omawiając zacną rocznicę powstania SEP. Następnie przedstawiona została działalność kół SEP działających na Ziemi Nyskiej – Koła SEP nr28 Ziemi Nyskiej, Koła SEP nr10przy RSWN, Koła SEP nr31 przy „RE Paczków”. Po przedstawieniu osiągnięć i dorobku kół przyszedł czas na wręczenie wyróżnień dla tych którzy są sercem i oddają serce, by zawsze było aktualne hasło Koła SEP nr 28 Ziemi Nyskiej „Zarząd z pomysłem … Koło z klimatem”. Dziś ci aktywni mieli okazję otrzymać różnego rodzaju gratyfikacje za swoje zaangażowanie w działalność w Stowarzyszeniu Elektryków Polskich.
Moja relacja skupia się na Kole SEP nr28 Ziemi Nyskiej, więc pozostanę przy tradycji i wyłuskam „naszych” z list odznaczonych i wyróżnionych.

Oto wyróżnieni członkowie naszego koła


Tytuł „Zasłużonego Seniora SEP” nadano:
- kol. Kotlińskiemu Lechowi


„Srebrną Odznakę Honorową NOT” otrzymują:
- kol. Osipiuk Marian
- kol. Stecko Dorota
- kol. Pietruszewski Andrzej


„Diamentową Odznakę Honorową SEP” otrzymał:
- kol. Wachowski Franciszek


„Srebrną Odznakę Honorową SEP” otrzymują:
- kol. Bułdys Jacek
- kol. Iżycki Dariusz
- kol. Klimas Małgorzata
- kol. Sambor Roman
- kol. Trzaskowski Wojciech


„List gratulacyjny” wręczono:
- kol. Osipiukowi Marianowi


„Dyplom uznania” otrzymali:
- kol. Kołaczkowski Grzegorz
- kol. Kucia Tadeusz
- kol. Kurowski Kazimierz
- kol. Michałek Wiesława
- kol. Rozlazły Piotr

Również pozostałym nie wyróżnionym członkom naszego koła należą się wyrazy podziękowania za aktywny udział w działaniach koła, za inspirowanie i pod-powiadanie co zrobić, by było ciekawiej i atrakcyjniej. Dzięki za solidarne działanie. Sądzę, że wszyscy z satysfakcją przyjęli wiadomość o przyznaniu Kołu „Srebrnej Honorowej Odznaki Stowarzyszenia Elektryków Polskich „
Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że wyróżnienia otrzymali również nasi koledzy SEP-owcy z Koła SEP nr10 w Nysie i Koła SEP nr31 z Paczkowa.

Po tych uroczystych chwilach kolejną zmianę nastroju wprowadza Dariusz Kownacki i jego akordeon hybrydowy w koncercie „Uczcij z nami 70lecie Kół SEP na ziemi nyskiej”. Dariusz Kownacki to nauczyciel klasy akordeonu PSM , autor pierwszego w Polsce podręcznika do nauki gry na akordeonie guzikowym z manuałem melodycznym. W programie usłyszeliśmy znane i te nieco zapomniane standardy jazzowe z lat 20-tych i 30-tych ubiegłego wieku. Mieliśmy okazje podziwiać talent wykonawcy jak wspaniałe wykonanie ciekawej i niecodziennej muzyki. No i tę „maszynę do grania” - akordeon hybrydowy (MIDI) firmy Excelsior. Różnorodność tematów przyprawia o zawrót głowy. Teraz krótki skok w technikę. Autorem prelekcji technicznej na temat konkurencyjności polskiego sektora energetycznego był profesor Waldemar Skomudek – Dziekan Wydziału Inżynierii Produkcji i Logistyki Politechniki Opolskiej oraz Członek Zarządu Oddziału Opolskiego SEP. Zagadnienie bardzo szerokie i polemiczne, stąd też dyskusja była nawet po prelekcji (już na przerwie).

Oto i kolejna zmiana nastroju na bardziej historyczny. Wprowadzają w nią Kustosz Muzeum w Niemodlinie jednocześnie Prezes Koła SEP nr 28 Ziemi Nyskiej kol. Marian Osipiuk, który przekazuje „kilka” słów o wystawie zabytkowych urządzeń elektrycznych zgromadzonych w Sali Czasowej nyskiego muzeum, a pochodzących ze zbiorów Muzeum Energetyki w Niemodlinie oraz Dyrektor Powiatowego Muzeum w Nysie pan Edward Hałajko - o muzeum w progach którego gościmy. Jest okazja poznać muzealne zbiory oraz tajemnice komnat Pałacu Biskupiego służących jako sale wystawiennicze muzeum.
Łącząc przeszłość z teraźniejszością ciekawymi wspomnieniami o początkach energetycznej działalności na Ziemi Nyskiej podzielił się weteran energetyki. Kolega Andrzej Zaborski - członek pierwszego nyskiego Koła SEP, który przy-był do Nysy w 1945 roku i… pozostał pracując cały czas w nyskiej energetyce. Wystąpił ubrany (w trochę niekompletny) mundur energetyka. Tak, były takie czasy kiedy w wielu firmach prawie wszyscy je nosili od święta i nie tylko od święta. Jak uniformy to … jeszcze występ Teatru Muzycznego „Castello” przedstawiający widowisko „Operetka na wesoło”. Para solistów oraz konferansjerów porywała zgromadzonych gości do wspólnego śpiewu i zabawy zabierając wszystkich w podróż do świata operetki. Wspólną zabawą i w pogodnym nastroju, rozpoczęliśmy kolejny rok działalności stowarzyszeniowej. Uroczyste obchody 70-lecia powstania na Opolszczyźnie pierwszej po II wojnie światowej organizacji technicznej - Koła SEP w Nysie zostały zakończone.

Na uroczystości byli obecni przedstawiciele władz państwowych, samorządowych i stowarzyszeniowych. Relacje z uroczystości publikowały m.in. „Nowiny Nyskie”( nr 37), NTO, branżowe biuletyny techniczne i media lokalne (Internet). Było uroczyście, patetycznie i w ogóle bardzo sympatycznie.

 

Migawki z wystawy w Muzeum Powiatowym w Nysie
„Z dziejów energetyki” z okazji 70 lecia SEP na Ziemi Nyskiej

 

 

2016 wrzesien 16 - 25 Rumunia wycieczka objazdowa.

  • Zamki Transylwanii ;
  • Cerkwie i pałace Wołoszczyzny ;
  • Bukareszt – „Paryż Bałkanów” ;
  • Dobrudża i pobyt nad Morzem Czarnym ;
  • Kościoły obronne Siedmiogrodu ;
  • Miejsca związane z Wladem Palownikiem pierwowzorem „Drakuli”

Tak oto przed nami 10 dni turystycznej podróży. Jak ja to streszczę na kilku kartkach to ja nie wiem. Postanowiłem, że będę relacjonował krótko. Czy to się uda przy tak nastrojowym, pełnym werwy i zapału duchu uczestników tej wycieczki to się dopiero okaże.

W oczekiwaniu na spóźniony autobus czas się nuży. W głowie rodzą się niedobre skojarzenia co do dalszej podróży. Czyżby powtórka ze Słowackiego podwórka. Pilot wycieczki smutny i trochę zdenerwowany pytaniami przez nas do ściany przypierany „kiedy odjeżdżamy?” wciąż jest pytany. Oto i jest autobus długo wyczekiwany przez polskie drogi nieco zatrzymany (wypadek na A4 i korek murowany), ale już do drogi gotowy. Wsiadamy i Nysę żegnamy. W podróży jak to w podróży czas się już nie nuży. Okazja wymienić najnowsze doniesienia, zaprezentować doświadczenia i degustować zabrane wiktuały częstując strudzonych oczekiwaniem i niepewnością podróżników. To nieplanowe oczekiwanie już wcześniej wymusiło takie działanie. Tak to sąsiedzi i nie tylko sąsiedzi byli goszczeni. Dalej od czas do czasu wędrując wahadłowo, by życie nowy urok miało każdemu chętnemu „coś” się dostało, … żeby w fotelu lepiej się spało.

Godziny ranne. Kolejne krótkie zatrzymanie na MOP-ie. Wrażenie, że już jesteśmy w Rumunii. Chyba przespaliśmy przekroczenie granicy. Nie to jeszcze Węgry. Nierdzewna armatura sanitarna i wystrój pomieszczeń nie nastraja optymistycznie. Pan Piotr – pilot twierdzi,
że w Rumunii będzie lepiej. Pokrótce i granica oraz kolejka do kontroli paszportowej. Wraca-ją stare wspomnienia – „dokumenty do kontroli – co macie (na sumieniu)”? Czekamy, … czekamy i nic się nie dzieje, tylko funkcjonariusze po przejściu się snują. Mamy chyba pecha trafiliśmy na zmianę służby. Po dłuższym czasie oczekiwania kontrola dokumentów i w drogę ( Rumunia nie jest w strefie Schengen) – „Witaj Rumunio”! Pilot wycieczki zapoznaje nas skrótowo z historią Rumunii. Czas biegnie szybko na oglądaniu mijanych miejscowości. Próba odpowiedzenia sobie na pytanie „jak oni tu żyją”? – na pierwszy rzut oka te stare slogany o brudzie i bałaganie chyba się nie potwierdzają, choć jest skromnie. Jeszcze trochę drogi i czeka nas pierwsze śniadanie na rumuńskiej ziemi.

Deva. Tu jak się okazuje czeka nas trochę spóźnione śniadanie. Możliwość wymiany waluty jak i krótki rzut oka na miasto. Trafiamy też na pierwszą cerkiew, ale zamkniętą - w budowie. Okazuje się, że jednak będziemy mogli wejść do środka. Jak się później okazało była to dla nas skarbnica wiedzy o cerkwi. Dzięki informacjom „naszego” pilota wspaniale znającego „zagadnienia cerkiewne” zyskaliśmy wyobrażenie o wielkości prac budowlanych, prac związanych z „malowaniem” obrazów a raczej fresków. Pan Piotr objaśnił zasady tworzenia
Ikonostatu i cerkiewnego rytuału religijnego. W przyszłym zwiedzaniu kolejnych cerkwi dawało nam to komfort łatwiejszego przyswajania informacji o odwiedzanych cerkwiach.

Hunedoara to najpiękniejszy gotycki zamek Rumunii. Obecnie w pełni odrestaurowany. Mimo, że jest potężną fortecą, zamek pełnił zawsze rolę szlacheckiej rezydencji. Ten niezwykle malowniczy kompleks obronny jest związany z postacią Jana Hunyadiego – wojewody siedmiogrodzkiego, pogromcy Turków pod Belgradem. To węgierski bohater narodowy, pochowany w Alba Iulia (katedra). Dziś najcenniejszym elementem warowni jest majestatyczna gotycka Sala Rycerska z krzyżowo-żebrowym sklepieniem wspartym granitowymi filarami. Ten duch gotyku i potęgi dominuje na każdym kroku. Intrygująca jest też kaplica gotycka nad bramą. Można było również wejść na sławną wieżą „Ne Boisa” i podziwiać panoramę Hunedoary. Nasyceni średniowieczną atmosferą starego zamczyska ruszamy w dalszą drogę do dawnej stolicy Siedmiogrodu.

Alba Iulia to serce Transylwanii (Siedmiogrodu) po polsku Białogrodem Julijskim zwane. Głównym walorem turystycznym miasta jest potężna Cytadela (Twierdza) Alba Carolina symbol Rumuńskiego Zjednoczenia w jedno państwo – Królestwo Rumunii. Sobór Koronacyjny to obecnie najbardziej reprezentacyjny budynek miasta. Teren wokół to kompleks, którego centrum założenia jest cerkiew katedralna Trójcy Świętej (tu koronował się w 1922 król Rumunii Ferdynand I); a obok romańska katedra rzymsko-katolicka św. Michała z Kaplicą Królewską w której są sarkofagi królowej Izabeli Jagiellonki (siostry króla Polski Zygmunta Augusta) – królowej Węgier, żony króla Węgier Jana Zygmunta Zapolyi. Do zwiedzenia jeszcze Sala Zjednoczenia (d. Kasyno), Muzeum Zjednoczenia, Pałac Książęcy, obelisk po-święcony pamięci powstania chłopskiego w 1784r. oraz mury cytadeli. Miasto dość specyficzne, szczycące się cennymi zabytkami ważnymi dla dziedzictwa kulturowego wielu narodów – Rumunii, Węgier a także i Polski. Po trudach dnia i podróży zatrzymujemy się w Alba Iulia w hotelu ”Ana Airport Hotel”.
Rano po śniadaniu w hotelowej restauracji rozpoczynamy drugi dzień naszych wojaży po Rumunii. Po krótkiej podróży jesteśmy w Sybinie.

Sybin (rum. Sibiu) miasto pełne wyjątkowego uroku, płynące z bogatej historii. Leży na prawym brzegu rzeki Cibin, na niewielkim 200-metrowym wzgórzu. Składa się z dwóch części: Dolnego i Górnego Miasta. W czasach świetności Górne Miasto służyło za siedzibę bogatej części społeczeństwa, a Dolne Miasto stanowiło miejsce produkcji. Ma to odzwierciedlenie w dzisiejszym rozkładzie zabytków. Tutaj znajduje się najcenniejszy zabytek Sybina Fara ewangelicka z charakterystyczna wieżą zwaną Ferula (wieża + 4 mniejsze wieżyczki). Niedaleko kolejny ciekawy zabytek cerkiew metropolitarna Trójcy Świętej wzorowana na świątyni Mądrości Bożej w Konstantynopolu. Stąd wewnątrz piękne neobizantyńskie freski, przestronne jasne wnętrze. W „Domu Rzeźnika’” dawniej mieściła się najstarsza apteka. Tu w piwni-cach tego domu Samuele Hohnemann wynalazł homeopatie. Odpoczywaliśmy w Małym Rynku, zachwycaliśmy się pięknymi saskimi kamieniczkami – domami „z oczami”(domy posiadają dachy z charakterystycznymi, półokrągłymi okienkami wyglądającymi jak pół-przymknięte powieki), których niepowtarzalny urok podziwiać można z Wieży Ratuszowej, jak i całą panoramę miasta. Ciekawie wygląda Pasaż Schodów (między dwoma częściami miasta) wkomponowany w fragmenty murów obronnych, baszty - pozostały dwie (było ich aż 40!). Wędrując wąskimi uliczkami znajdziemy również przykłady baroku, renesansu i se-cesji, a także najstarszy żeliwny most w Rumunii – wybudowany w 1859 roku Most Kłamcy i związana z nim legenda … zawali się gdy wejdzie na niego kłamca. Stoi jednak nadal… Po tej próbie ruszamy w dalszą drogę.

Cozia Monastyr. Jeden z najcenniejszych, najstarszych zabytków Rumunii. Położony w prze-łomie rzeki Olt (polska nazwa Aluta). Najświetniejsze dzieło architektury wołowskich mistrzów średniowiecza. Centralne miejsce monastyru zajmuje cerkiew klasztorna, której ściany wykonane są z naprzemiennie układanych poziomych pasów kamienia i cegły. Dodatkowo elewację dzielą dwa gzymsy. Do cerkwi wchodzi się przez osiemnastowieczny przedsionek arkadowy (bałkański), z dekoracją malarską. Warto także zwrócić uwagę na znajdujące się wewnątrz świątyni XIV wieczne freski w których m in. wyróżnia się obraz wotywny przed-stawiający fundatora Mirczę Starego (tu pochowany) oraz jego synów. W skład monastyru wchodzą jeszcze dwie kaplice. Cały kompleks klasztorny wpisany jest na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Chwila odpoczynku w chłodzie sal wystawowych lokalnego muzeum i łyk wody z studni – wodopoju Basaraba. Z zaciekawieniem oglądamy pływające banknoty na powierzchni wody (rumuńskie leje są plastikowe). Czy pływające pieniądze przynoszą takie samo szczęście jak monety wrzucone do wody – oto jest pytanie? Odpowiedź zostawiamy czasowi, a teraz w drogę do Curtea de Arges dawnej stolicy Wołoszczyzny, gdzie tury-stów przyciąga Cerkiew mistrza Manole.

Curtea de Arges (w tłum. „Dwór nad Ardżeszem”) to wspaniale położona jedna z dwóch kolebek współczesnego państwa Rumuńskiego. Cerkiew katedralna monastyru Curtea de Arges (cerkiew Zaśnięcia Matki Bożej) jest nekropolią pierwszych królów Rumunii( fundatora świątyni Karola I oraz Ferdynanda I). Zaliczana do najważniejszych zabytków architektury Rumunii. Cerkiew robi naprawdę niezatarte wrażenie. Charakterystyczne są między innymi „poskręcane” (nie wiem jak to inaczej określić) wieżyczki na przednawiu. Wokół cerkwi coś co ma kształt skręconej liny opasającej bryłę świątyni. Na bardzo bogato zdobionej elewacji do-liczono się ponoć około 150 różnych motywów geometrycznych! Środek prezentuje się równie imponująco. Na ścianach znajdują się malowidła oraz piękne geometryczne ornamenty, przypominające zdobienia meczetów. Wysokie kolumny zdają się nie mieć końca, a jest ich w sumie dwanaście, co symbolizuje dwunastu apostołów. Kilka z nich jest dodatkowo „poskręcanych”, co jeszcze dodaje im uroku. Cudowne miejsce! Jeszcze do tego ta ciekawa historia o mistrzu Manole. Legenda mówi, że Neagoe Basarab V zlecił budowę cerkwi sławnemu architektowi Manole, ten jednak miał problem z ukończeniem świątyni, bowiem wszystko, co zostało zbudowane za dnia, rozpadało się nocą. Pewnej nocy mistrzowi ukazała się zjawa, która podpowiedziała mu, by starożytnym zwyczajem zamurować w ścianie żyjącą kobietę. Gdy następnego dnia Anna – żona mistrza Manole – przy-niosła mu na budowę posiłek, ten rozkazał zamurować ją w południowej ścianie. Świątynia szybko została ukończona, a wszyscy zachwycili się jej pięknem. Hospodar nie chciał jednak, by mistrz Manole wybudował komukolwiek innemu coś piękniejszego, dlatego kazał zamurować mistrza wraz z jego pomocnikami na dachu. Mistrz zbudował sobie skrzydła z drewna i wzorem Dedala i Ikara chciał uciec z więzienia. Niestety – skrzydła się rozpadły i mistrz roztrzaskał się o ziemię, zaś w miejscu jego śmierci wytrysnęło źródełko. Trochę relaksu w parku w otoczeniu drzew, by się schłodzić i ruszamy na spotkanie z Drakulą.

Poenari – właściwa siedziba Włada III Palownika (Vlad Tepes, Drakula) – dziś ruiny zamku. Zamek którego początki sięgają XIII wieku został założony przez władców wołoskich. W XV wieku za panowania Vlada Palownika został rękami zbuntowanych bojarów rozbudowany i umocniony. Stał się jego siedzibą; za jego panowania nie został też zdobyty przez próbujących tego dokonać wrogów, a to za sprawą jego usytuowania w górach co znacznie utrudniało dostęp, wymagało uciążliwego wspinania się po górze by dostać się w rejon umocnionego i przygotowanego do obrony zamku. Po śmierci Vlada popadł w ruinę, a w XIX wie-ku w wyniku osunięcia się ziemi część zamku wpadła do rzeki. Obecnie by wejść na ruiny zamku również trzeba pokonać potężne zbocze góry o własnych siłach co dla części zwiedzających było poważnym wyzwaniem, ale dzielni uczestnicy wycieczki Koła Sep nr28 Ziemi Nyskiej nie takie pokonywali już trudności. Na potrzeby tury-stów na samo wejście do ruin zamku prowadzą już schody, ale też trzeba po nich wejść oglądając po drodze scenki rodzajowe w postaci wiszących na szubienicy manekinów czy zapalowanych skazańców. Razem na całej trasie jest1480 schodów. Po tym to już upragniony szczyt - ruiny zamku Vlada oraz piękne widoki na całą okolice wynagradzające trudy wspinaczki. Skoro nasyciliśmy wzrok pięknymi widokami, utrwaliliśmy siebie i ruiny w aparatach fotograficznych dumni z osiągniętego celu (kwalifikował się do zaliczenia na odznakę GOT- PTTK) wracamy do autobusu, by pojechać na kolejny punkt widokowy.

Vindraru zapora, punkt widokowy (839m n. p. m.). Po raz kolejny oglądamy coś naj ... naj… Największe zaporowe jezioro Vidraru w Rumunii (głęb. do 155 m), na rzece Ardżesz (rum. Argeş) powstało w 1965 r. (budowa zapory trwała cztery i pół roku). Rozciąga się na długości 14 km, a powierzchnia wynosi prawie 9 km2. Betonowa zapora o wysokości 166 m sprawia, że ten obiekt hydrotechniczny podziwiać można prawie że w nieskończoność. Ponadto jest doskonałym miejscem widokowym. Wykorzystywany też do skakania na bungee. Na pobliskiej górze wznosi się wielki metalowy posąg Prometeusza trzymającego piorun – znak energetyków. Warto było to zobaczyć na własne oczy. W pobliżu zapory znajduje się zamek Poenari – tam już była nasza stopa. Podróż do Bukaresztu to jeszcze „parę kilometrów”.
Korzystając z „wolnego czasu” pan Piotr postanawia wprowadzić nas z lekka w podstawowe nazwy kuchni rumuńskiej. Zupa to cibora, a zupa jarzynowa to cibora de legumine. Rumuński trunek „narodowy” to tuica (czytaj tsujka – produkt ze śliwek), a mocne wydanie tuici nosi nazwę palinka. Zresztą Rumuni posiadając dużo owoców podchodzą do problemu po gospodarsku i twierdząc, że zamiast leżeć i gnić, owoce przetwarza się na wodę życia. Tym sposobem nic się nie marnuje to raz, a dwa taka „woda” jest dużo, dużo smaczniejsza. Alkohol z jabłek czy gruszek to hornica. Będzie okazja to sprawdzimy. Można również polecić rumuńskie kiełbaski mici. To połączenie wieprzowiny, jagnięciny i wołowiny z przyprawami, a wszystko prosto z grilla. Kolejnym, smacznym daniem są sarmale, czyli nasze gołąbki, tylko mniejsze. Mięso często zawijane jest w liście winogron, czasem kapusty. Tak jak u nas w Polsce głównym dodatkiem do mięs są ziemniaki, tak tutaj króluje mamaliga (przygotowywana z żółtej mąki kukurydzianej), ale u mnie sobie nie zaskarbiła zachwytu. Tak gawędząc o jedzeniu dojechaliśmy do Bukaresztu, kolejnego celu wycieczki. Wczesno wieczorny przyjazd do hotelu „Ibis” rozlokowanego „na tyłach” budynku parlamentu i budującej się świątyni „Zbawienia Narodu” dał okazję do zaczerpnięcia łyczka „Bukaresztu nocą”.

Bukareszt jest obecnie zaliczany do grona najpiękniejszych stolic europejskich. Niepowtarzalna architektura, ciekawe, liczne zabytki, malownicze krajobrazy (leży na siedmiu wzgórzach), przestrzeń to atuty miasta. Przez środek miasta przepływa rzeka Dambovita, stanowią-ca jeden z dopływów Dunaju. Pierwsze wzmianki o mieście pochodzą jeszcze z połowy XV wieku (Wład Palownik), natomiast status stolicy Rumunii miasto otrzymało długo później – w 1862 roku. W okresie międzywojennym, Bukareszt często określano jako „Paryż Bałkanów” czy „Małym Paryżem”. Wszystko naturalnie za sprawą niespotykanej architektonicznej mieszanki stylów. Tu można bowiem dopatrzyć się zabudowy zarówno historycznej, jak też socrealistycznej czy nowoczesnej. Po wieczornych spacerach w rejonie parlamentu i starego miasta z którego wypędziła nas nieprzychylna bukareszteńska aura. Od rana też straszyła nas często przelotnymi deszczami zmuszając do szybkiego zwiedzania i szukania schronienia pod dachem. Gdy zrobiło się jasno mieliśmy okazję „rzucić okiem” na budującą się największą cerkiew katedralną w Rumunii. Optymalizując zwiedzanie oglądaliśmy część Bukaresztu z okien autokaru. Przejechaliśmy Bulwarem Zwycięstwa (dawniej Zwycięstwa Socjalizmu) – najdłuższymi alejami Europy (dłuższe o 6 m od paryskich Pól Elizejskich). To jeden z przykładów megalomanii Ceausescu. Podziwialiśmy fontanny. Zobaczyliśmy pomnik Wolności, w tle Dom Prasy (taki mini Pałacu Kultury), Łuk Triumfalny (chyba trochę wzorowany na paryskim), Pałac Ceausescu, budynek Akademii Nauk – nie wykorzystany w praktyce. Zwiedziliśmy budynek Parlamentu. Ta monumentalna budowla znalazła się w Księdze Guinessa jako najcięższy budynek, pierwszy Europie, a drugi na świecie (po Pentagonie) budynek administracyjny. 40% budynku znajduje się pod ziemią – 8 pięter, a 12 pięter nad ziemią (84 m od powierzchni ziemi). To wielka mnogość pomieszczeń, których wystrój przyprawia o zawrót głowy. Przykład: największy żyrandol kryształowy to waga 3 tony, a w nim 7 tys. żarówek. Podobnych tylko trochę mniejszych jest tu dużo, dużo więcej. O marmurowych schodach, dywanach już nie wspomnę. To jeden z przykładów wielkości i przepychu w wystroju pomieszczeń Pałacu Ludu, bo taką na-zwę nosił za czasów Ceausescu. Była okazja robić zdjęcia. Dziś można powspominać te wspaniałości oglądając zdjęcia. Budynek Parlamentu odwiedza rocznie ponad 150 tys. ludzi. Widzieliśmy pomnik Bohaterów Rewolucji na placu Rewolucji, którego wygląd jest dość kontrowersyjny. Byliśmy w Filharmonii Rumuńskiej (d. Ateneum). Obejrzeliśmy pierwszy drapacz chmur w mieście wybudowany w 1932 roku ( Pałac Telekomunikacji), najstarszą siedzibę banków bukareszteńskich – Pałac CEC oraz Restaurację „Piwny Dwór” projektowaną przez Zygfryda Kofczyńskiego w 18759 r.(pasaż Macca-Vilacrosse). Poza mnogością budynków z czasów socjalizmu nadal podziwiać można zabytki starego Bukaresztu, które udało się uchować. Czasem wymaga to „zanurzenia” się głębiej (wejść w niepozorną uliczkę) w nowszą architekturę, by można było podziwiać stare. Tu w Bukareszcie dawna, historyczna architektura wciśnięta jest w nowoczesną. Zdarza się, że jest umiejętnie łączona. Często zabytkowe obiekty przesuwano (szczególnie modne to było za czasów Ceausescu, by zrobić miejsce wątpliwej nowoczesności). Wizyta na Starym Mieście skutkuje obejrzeniem ruin XIV -wiecznego dworu hospodarskiego (w którym zamieszkiwał Vlad Tepes), cerkwi Starego Dworu, dawnego karawansaju – Zajazdu Manuka (posiłek), przejściem ulicą Lipscani. Zwiedziliśmy również prawosławny klasztor Antyma oraz cerkiew monastyrską. Trafiliśmy także na Wzgórze Patriarchalne, gdzie podziwialiśmy prawosławną Cerkiew Katedralną, Pałac Patriarchy oraz sąsiadujące zabudowania cerkwi i klasztoru Stavropolskiego (styl brynkowiński - to ornamenty kwiatowe, ogólnie cechy barokowe).
Mnogość zabytków, dużo chodzenia, jeżdżenia, podziwiania „cudów” architektury, wysłuchiwania morza informacji to całodzienny pobyt w stolicy Rumunii - Bukareszcie. Teraz … dojechać do kolejnego hotelu i będziemy podziwiać widoki czarnomorskich plaż Dobrudży.

Konstanca to największy port kraju. Morska „brama” do Rumunii. Siedziba Mufti`ego duchownego przywódcy muzułmanów tureckiego i tatarskiego pochodzenia mieszkających w rejonie Dobrudży – meczet Mahmudiye Camic zwany też Moscheea Marc (Duży Meczet). Modły odprawia się w piątki i święta. Centralnym punktem wnętrza jest duży turecki dywan, dar sułtana Abdul Hamida. Jest to jeden z największych dywanów w Europie, a jego waga wynosi ponad tonę (1080 kg). Wewnątrz znajduje się Mimber (kazalnica, ambona) oraz Mihrab – ozdobna nisza pokazująca kierunek Mekki. Główną atrakcją jest 50 metrowy minaret, wieża, która oferuje wspaniały widok na stare centrum miasta i portu. Tak z kronikarskie-go obowiązku... jako ciekawostka to w Polsce (Gdańsk) najwyższy minaret (wieża meczetu z której muezin nawołuje do modłów) ma wys. 33 m, a najwyższy na świecie ma 210 m i znajduje się w Casablance. Dla wielu z nas, a może i wszystkich była to niecodzienna okazja zwiedzić meczet i wejść na Minaret (140 schodów). Z kolei zwolenników cerkwi może bardziej zainteresowała prawosławna cerkiew katedralna św. Piotra i Pawła, zbudowana w grecko-rzymskim stylu. Z neobizantyjskich pozostałości można w niej podziwiać ikonostas, ławki, żyrandole i świeczniki z brązu. Stara zabudowa Konstancy jest swobodna, nie zatłoczona. Mieszanka różnych epok, czasem w lekkiej ruinie może dla stylu? lub też z braku kasy. Ciekawy pomnik Owidiusza Publiusa, który tu umarł. Przypomnieniem o rzymskich korzeniach jest też pomnik Wilczycy kapitolińskiej. Spacerując bulwarem nadmorskim smagani podmuchami wiatru i zimna kątem oka spoglądamy na 8-mio metrową, ale historyczną Latarnię Genueńską i secesyjny budynek ”Cazino Paris”. Dawniej kasyno, obecnie wejść do niego nie można. Remont? Z przyjemnością wracamy do ciepłego autobusu.

Mamaja (rum. Mamaia) – raj dla miłośników plażowania. Wszystko się zgadzało tylko to schyłek sezonu i z świetności niewiele już zostało. Po plaży się pospacerowało i nawet kąpieli słonecznej (trochę skąpej) się zażywało. W nie najcieplejszym już Morzu Czarnym się po-pływało (cieplejsze nawet o tej porze od naszego Bałtyku się okazało). Można pomarzyć jak w upalne dni tu bywało. Gorąca to „kolacja” się okazała. Wieczór regionalny przedstawić miała. Do potraw również narodowe trunki serwować zamierzała. Dobra zabawa przy DJ-u się szykowała. No i stało się …muzyka grała, sala szalała, narodowy trunek z zapałem degustowała. Okazja jedyna sprawdzić jak rano będzie i czyja to wina. Rano rześko się wstało i w głowie nie szumiało. Wniosek stąd taki… zażywaj ludowe przysmaki. Żegnamy już hotel „Richmond” i kurort wspaniały i te psy co nas na krok nie odstępowały. Szczęśliwej podróży odszczekały.

Tak oto z nadmorskich plaż Dobrudży ruszamy w drogę powrotną przez Wołoszczyznę, która jest zdecydowanie bardziej bałkańska (inny klimat, a wśród świątyń dominują cerkwie) niż skalista Transylwania, (w której widać wpływy sasko-węgierskie) i prawie co krok wspaniale zamki – warownie. Góry jednak dzielą. Gdy w podróży czas się dłuży to Prezes Marian z jakimś konkursem zaraz z fotela się wynurzy. Kolega Marian Osipiuk niezastąpiony autor różnych ciekawych konkursów, jak zawsze wspierany jest przez kolegów – sponsorów. Walka o „zegar wodny” w konkursie (parami) na skojarzenia. Liczył się refleks, bo czas był tu najważniejszy. Rywalizację wygrało małżeństwo Wiesława i Bogdan Siwkowscy, drugie miejsce również małżeństwo Ela i Mariusz Jelito, trzecie para Regina Górecka i Teresa Larys, czwarte małżeństwo Helena i Ewald Mrugałowie, piąta para Lech Kotliński i Roman Sambor. Jak tu nie wierzyć maksymie, że jednak w zgodnym małżeństwie wszystko działa prawie perfekcyjnie. Rozgrzani konkursem i świętowaniem zwycięstwa z niecierpliwością oczekujemy bajecznej architektury w wydaniu rumuńskim. Oto Sinaia.

Sinaia dzięki malowniczemu położeniu na zboczach gór Bucegi zyskała przydomek „Perły Karpat”. Zawdzięcza popularność dzięki zamkowi Peles wzniesionemu pod koniec XIX wie-ku przez Karola I Hohenzollerna, pierwszego rumuńskiego monarchę jako jego letnia rezydencja. Bajkowa rezydencja Karola I - Peles to jedna z największych atrakcji Rumunii. Już obrazek wyłaniającego się z za drzew pałacu wystarcza, aby potwierdzić zasłyszane wcześniej opinie o bajkowym wyglądzie. Nie dziwi zatem gromada autobusów stojących na parkingu (trudno tu już szpilkę wsadzić) niedaleko zamku- pałacu. Zostaliśmy tak zauroczeni tym co zobaczyliśmy, że nie da się tego wyrazić słowami. Tylko w telegraficznym skrócie. Najciekawsze komnaty to: Sala Główna (zwana Salą Honorów), Sala Broni, Gabinet, Biblioteka, Sala Konferencyjna, Sala Teatralna, Sala Turecka. Z ciekawostek technicznych: - prąd z własnego generatora już w 1884 roku, a w1906 oddano do użytku pokój kinowy – była to pierwsza sala kinowa w Rumunii. Obok zamku królewskiego, kilkadziesiąt metrów dalej stoi trochę mniejszy pałac zwany Pelisor. Robi on mniejsze wrażenie. Był budowany dla siostrzeńca, a nie króla co wiele wyjaśnia. Jedną z najciekawszych komnat jest Złota Sypialnia. Pałac jest w stylu secesyjnym z elementami celtyckimi i bizantyjskimi. Nie tylko wnętrza są zniewalające. Całe otoczenie pałaców zasługuje na podziw i uznanie. Pamiątkowych zdjęć z wnętrz robić w zasadzie nie wolno. Było to skrupulatnie kontrolowane, zatem pozostały „migawki” i zewnętrzne zdjęcia. Nasze pamiątkowe zdjęcia zbiorowe i osobiste dają pogląd o bajkowym charakterze pałaców.

Busteni w zasadzie koło Busteni, a konkretnie na szczycie góry Caraiman (2291 m n. p. m.) widnieje krzyż podobny do tego który jest na Giewoncie. 40- to metrowy żelazny „Krzyż Bohaterów” ustawiono w latach 1926-28 na cześć żołnierzy poległych w I wojnie światowej.

Rasnov tu znajduje się jeden z największych i najpiękniejszych pod względem lokalizacji słynnych zamków chłopskich Siedmiogrodu. Nadal niełatwo dostępny. Dojechać można tyko do podnóża góry (na parking). Dalszą drogę trzeba przejść pieszo lub przebyć specjalną „kolejką” napędzaną przez traktor. Jedyna droga do zamku prowadzi wzdłuż jego potężnych, świetnie zachowanych murów. Nieproszonych gości „witano” tu w przeszłości gradem kamieni, wrzątkiem, strzałami. To odbierało im ochotę aby dotrzeć chociażby do potężnej bramy w wieży. Twierdzę tą założyli w 1225 r. Krzyżacy, sprowadzeni do Siedmiogrodu przez króla węgierskiego Andrzeja II dla obrony Ziemi Braszowskiej przed tureckimi koczownika-mi plądrującymi okoliczne ziemie. Po wygnaniu Krzyżaków (którzy zaczęli zawłaszczać ziemię i pieniądze) przez kilka stuleci udoskonalali ją mieszkańcy wsi: Râşnov, Cristian, Vulcan, dla których, i ich dobytku, była ona schronieniem w razie zagrożenia. Pomimo wielokrotnych oblężeń w średniowieczu, nigdy nie została zdobyta. Raz tylko, w 1612 roku musiała się pod-dać, gdy oblegający ją żołnierze księcia siedmiogrodzkiego Gabriela Batorego odnaleźli źródło i odcięli obrońców od wody. Po tym doświadczeniu chłopscy właściciele przez 17 lat ko-pali studnię, docierając do wody na głębokości 143 metrów. To uratowało ich w kolejnym oblężeniu (1658-61). Wtedy to oblężenie trwało aż trzy lata. Nawet dziś, zamieniona w muzeum, budzi ona jednak respekt. Wystarczy dotrzeć do bramy i przekroczyć ją, aby zrozumieć, dlaczego była nie do zdobycia. Dostępu broniły zarówno potężne, kilkumetrowej grubości kamienne mury i baszty połączone wewnętrznymi korytarzami, jak i bardzo strome stoki góry oraz kilkusetmetrowej wysokości urwisko. Wewnątrz murów są uliczki z domkami. W niektórych z nich mieszczą się obecnie sklepiki z pamiątkami dla turystów. Jest szkoła, kaplica z plebanią, wspomniana już studnia i wiele innych obiektów. Część w postaci zakon-serwowanych ruin. Ze szczytu twierdzy oraz jej murów roztacza się rozległa panorama na okolicę. Byliśmy, osobiście określiłbym ten kompleks jako „osada na warownym wzgórzu”. Zrobiliśmy wiele ciekawych zdjęć. Szczególnie te przy zachodzącym słońcu zdobią dziś wycieczkowe kolekcje.

Zapada zmrok, a przed nami jeszcze chwila by dotrzeć do planowanego odpoczynku w hotelu Na miejscu niespodzianka mała – hotel „Rizzo SPA”. Po kolacji w SPA gęsto się stało gdy towarzystwo przyjechało. Sauna takiej ciżby nie wytrzymała i ławka się poddała.
W basenie też było niemało, a do tego wojsko chlapało i przepraszało. Jacuzzi w porywach jak puszka sardynek wyglądało. Mimo naporu wielu ciał każdy coś tam zyskać chciał. Do hotelowego pokoju po sesji SPA zadowolony wracał, bo kolejny dzień sił mu dodał.

Bran. Parkujemy obok placu, który jest wtopiony w targowisko przypominające te np. w Zakopanem pod Gubałówką. Ilość przyjeżdżających autokarów rośnie, więc zaczynamy od zwiedzenia malowniczego zamku w końcówce pozostawiając czas na handlowy spacer po dość dużym targowisku z kramami, jak i małymi pawilonami czy kioskami. Jest tu praktycznie wszystko co turysta chciałby zakupić od rękodzieła różnego sortu; są też sery w tym owcze, również sławna palinka (tuica). Można degustować i kupować ile kto chce, choć dla ostatnich już jej brakowało. Zamek wzniesiony w XIV w. przez królów węgierskich. Fascynująca to budowla i do tego malowniczo położona. Właściwie jak prawie każdy zamek w Rumunii, na wzgórzu. Jego gotycka bryła, pełna wieżyczek, kominów, balkonów, galeryjek z pięknym wewnętrznym dziedzińcem i studnią pośrodku, to wymarzona sceneria dla powieści o wampirach. Korytarze, schody liczne zakamarki i głębokie wnęki okien. Zamek jest bardzo romantyczny i „przytulny”, choć Drakuli ślad nikły, ale dzięki reklamie zawdzięcza ogromną popularność wśród turystów.

Prejmer – wioska początkowo nadana Krzyżakom, którzy wznieśli tu budowlę warowną. Po wypędzeniu Krzyżaków z Rumunii - król Andrzej II. Tereny po wojowniczym zakonie prze-kazano spokojniejszemu zgromadzeniu – cystersom, a Krzyżacy „osiedlili się” w Polsce. Kościół w Prejmerze, podobnie jak i otaczający go gród jest podręcznikowym przykładem budowli warownej. Mury pogrubiano i docelowo mają do 4,5 m grubości oraz 14 m wysokości (max.). Te unikatowe obiekty służące okolicznej ludności jako miejsce schronienia w razie zagrożenia najazdem wrogów, są przez nią, a nie władców czy rycerzy, budowane i zarządzane. Ich najbardziej charakterystyczną cechą jest brak wewnątrz murów tradycyjnej siedziby feudalnego gospodarza. Są natomiast ”obiekty” mieszkalne i pomieszczenia dla dobytku, także różnego rodzaju piwnice i składziki do przechowywania zapasów żywności oraz inne obiekty, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, użyteczności publicznej: kościół czy pomieszczenia zabezpieczające przetrwanie oblężenia i służące wszystkim. W Prejmerze od wewnętrznej strony (wewnątrz murów) są cele – schrony dla 270 rodzin. Ten imponujący zespół architektoniczny figuruje na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO. Byliśmy i mieliśmy okazję podziwiać ten ciekawy obiekt oraz uwiecznić na swoich pamiątkowych fotografiach. Jak i uzupełnić zapasy w lokalnym sklepie. Dziś już tylko dojazd do Braszowa, może jak czas pozwoli nocny spacer po mieście.

Braszów – miasto symbolicznego końca łacińskiej Europy. W XIII wieku na ziemie obecnego Braszowa przybywają sprowadzeni przez królów węgierskich Sasi, a także członkowie zakonu krzyżackiego. Panujący wtedy król węgierski Zygmunt Luksemburski polecił otoczyć mia-sto potężnym systemem murów obronnych. W 1688 roku Braszów dostał się pod panowanie austriackie, a w dwa stulecia później oblegany i zdobyty przez wojska Józefa Bema został wcielony na przeszło pół wieku do Węgier. Pozostałości obwarowań miejskich pozostały do dziś. Nad miastem, a raczej w środku miasta wznosi się góra (g. Tampa 955m n.p.m.). Góra w środku miasta – to jest coś! Na zboczu duży napis „Brasov” wzorem Hollywood`u. Specjalna kolejka linowa wywozi nas na szczyt. Z platformy widokowej można podziwiać panoramę Braszowa. Zwartą zabudowę centrum, a za Bramą Schei „nieład” bałkańskiego chaosu poplątanych uliczek. Z daleka widać masywną, gotycką bryłę Czarnego Kościoła. To największa budowla sakralna Rumunii; największy halowy kościół późnogotycki na wschód od Wiednia; największy kościół luterański w regionie z dużą kolekcją kobierców oraz słynne organy. Nazwę zawdzięcza "opaleniźnie" jaka powstała na skutek pożaru jaki nawiedził miasto w 1689 roku. Zwiedzaliśmy ponadto zabytkową starówkę: Ratusz z Wieżą Trębaczy, braszowskie sukiennice (Dom Hirschera), trochę podobne do krakowskich, cerkiew Zaśnięcia NMP – prawosławny kościół stanowiący wierną kopię wiedeńskiego Kościoła Greckiego. W drodze do hotelu przechodzimy przez Bramę Schei oraz zwiedzamy Cerkiew św. Mikołaja - kościół greckokatolicki. Dane nam było wędrować najwęższą uliczką w Europe Strada Sforii (ul. Sznurowa). Korzystając z wolnego wieczoru większość z nas wybrała się na wieczorne podziwianie uroków Braszowa. Zachowane w nietkniętym stanie średniowieczne Stare Miasto w Braszowie, wpisane zostało na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. „Zielona noc”. Czy tak można ją sobie wyobrazić na wycieczce „Szlakiem Drakuli” ? – może i tak. Na pewno dla niektórych była nietuzinkowa. Dla mnie też….

Budzi mnie dziwne kołysanie łóżka, a raczej materaca (fajny, na sprężynach) wykonującego ruchy w pionie i poziomie równocześnie, co niespotykane jest codziennie. To mnie chyba obudziło, bo ogólnie śpię dobrze. Po przebudzeniu do uszu dochodzi dziwny dźwięk jakby trza-skanie szafkami, krótkie, dźwięki może drżenia szklanek na stoliku. Otrzeźwiałem i leżę – pierwsza myśl – trzęsienie ziemi – co robić analizowałem szybko – po chwili wszystko ucichło. Patrzę na zegarek 2:13 - czekam co dalej – cicho – nikt nie ogłasza alarmu - kolejnych „sensacji” brak. Kolega w pokoju śpi, pochrapując z lekka. Myślę więc, że to … może ktoś tak nietuzinkowo chciał nas nastraszyć w tę „zieloną rumuńską noc Drakuli”. Śpię dalej.
Rano przy śniadaniu wymiana informacji … czy coś było? … „Ranne ptaszki” już zaglądnęły do Internetu lub nawet co niektórzy kupili rumuńską gazetę. Tak to jednak było trzęsienie ziemi. Jak podają dane o godz. 2:11(czas rum.) na głębokości 91,25 km pod ziemią (co „wygłuszyło” siłę wstrząsu) o sile 6,1 stopnia w skali Rychtera. Było to najsilniejsze trzęsienie ziemi w Rumunii w roku 2016. Rejon Vrancea – m. Fokszay (Foscani). My w Braszowie oddaleni byliśmy (w linii prostej na wschód) od centrum wstrząsów o około 140km.

Sighisoara to jedno z magicznych miejsc Europy (wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO). Jest źródłem niejednej fascynacji. Parkujemy obok targowiska (w tym dniu prezentacja miodu). Od razu jesteśmy serdecznie witani i zapraszani na stragany przez megafony „heroldów”. To późnej, teraz zwiedzamy to „rumuńskie Carcassonne” czy jak kto woli „polski Paczków”. Idąc pod Wieżą Zegarową (64m – w niej kiedyś przechowywano skarby), obok Domu Drakuli, wąskimi uliczkami dochodzimy do „Schodów szkolnych” (zadaszonych) gdzie 175 stopni prowadzi na wzgórze do Starej szkoły i Kościoła na Wzgórzu (1373m n. p. m.) - najcenniejszego zabytku Sighisoary. To kościół gotycki. Budowano go przez 200 lat. Początkowo katolicki z czasem przybrał charakter luterański. Nie wszyscy podołali trudowi „pójścia do szkoły” szkolnymi schodami, ale atrakcji do zwiedzania w mieście dużo, a ogólnie czasu mało na pełne zwiedzanie. Każdy wybierał to co go bardziej interesowało. Górne miasto zachowało całą zabudowę wewnętrzną wraz z murami obronnymi i basztami. Zwiedzamy Basztę Krawców, Wieżę Kowali, Kościół Klasztorny, spacerujemy odcinkami murów, to według uznania w ramach czasu wolnego podziwiamy prawdziwą perełkę architektury. Kto nie próżnował i sił nie żałował miał okazję zwiedzić miejscowość od której zaczyna się historia Vlada Tepes`a (Drakuli) . Tutaj mieszkał Wlad Diabeł, tu bił tutaj monety oraz wydał pierwszy dokument zawierający rumuńską nazwę miasta Sighișoara. Był ojcem księcia Drakuli. W Domu Draculi prawdopodobnie urodził się też sam Vlad zwany później Palownikiem. Dopiero po I wojnie światowej i rozpadzie Aurstro-Węgier miasto weszło na stałe w skład królestwa Rumunii. Tak to postać Drakuli przewija się prawie przez większość zwiedzanych miast czy obiektów turystycznych. To już chyba ostatni akord o Vladzie Tepes.

Targu Mures – tygiel narodowości i religijny. Przez wieki wchodziło w skład Królestwa Węgierskiego, o czym dziś przypomina jedna z największych społeczności węgierskich jakie spotkać można na terenie Rumunii. Stanowią oni dziś przeszło połowę populacji miasta. W granicach Rumunii Târgu Mureş znalazł się od roku1920 na mocy postanowień Traktatu w Trianon. W mieście zatrzymujemy się na krótko. Nie zwiedzamy jednej z atrakcji miasta – twierdzy, bo czeka nas jeszcze wizyta w kopalni soli Turda Salina. Przebywaliśmy tylko w rejonie przestronnego centrum (dwie jezdnie dwupasmowe oddzielone wielkim pasem zieleni z chodnikiem jak jezdnią). Byliśmy w prawosławnej cerkwi katedralnej Wniebowzięcia Pańskiego, oglądamy również inne zabytki miasta jak: secesyjny gmach Pałacu Kultury, stary budynek prefektury, Teatr Narodowy, dawną katedrę greko-katolicką obecnie prawosławną, pomnik Józefa Bema upamiętniający jego udział w powstaniu węgierskim. Była też chwila odpoczynku i w drogę, bo termin wizyty w kopalni został ustalony już wcześniej.

Turda – Końcowy akord wycieczki to wizyta w Turdzie, a raczej największej atrakcji miasta kopalni soli „Salina Turda”. „S.T.” jest kopalnią komorową powstałą jeszcze w czasach rzymskich. Była złotym interesem dla mieszkańców i władców. Zamknięta w 1932 roku.
W czasie II wojny światowej wykorzystywana była jako schron p/lot. Udostępniona do zwiedzania w 1992 roku nadal jest żyłą złota. Teraz płynącego z kieszeni turystów (wstęp i inne atrakcje w kopalni). Obecnie kopalnia jest jedną z większych atrakcji Rumunii. Część z nas (uczestników sepowskiej wycieczki karnawałowej w 2015 roku do Krakowa) miała okazję zwiedzić kopalnie soli „Wieliczka”. Porównanie i ocenę która z nich ciekawsza, ładniejsza pozostawiam czytającym ta kronikę.

Po drodze. W miejscowości Huedi natrafiliśmy na ciekawą wioskę pełną kolorowych, pałaców, a raczej budynków w kształcie pałacu o fantazyjnych kształtach i kolorach. W większości wykończonych lub w budowie. Wyraz bogactwa Cyganów ( z grupy Rudari), do których należą. Niektóre z nich jeszcze nie wykończone. Wszystko sprawiało wrażenie jak gdyby jakiś domorosły architekt albo lepiej - amator komputerowej gry Sim City pokonał nieosiągalne bariery swojej wyobraźni i niestety nie było w pobliżu nikogo, kto mógłby go powstrzymać. Cóż, o gustach się nie dyskutuje... to nie my będziemy tu mieszkać. Po niecodziennej dozie wrażeń jedziemy dalej już do Polski, choć droga przed nami długa. Jak długa to konkursy…

Tym razem organizatorem konkursu jest nasz w świetny pilot pan Piotr. Trafiliśmy na pilota, znawcę, bywalca i entuzjastę Rumunii. Pod egidą pilota wiadomo konkurs –„ Rumunia”. Dla tych co uważnie słuchali szczególna okazja wykazać się nabytą wiedzą i otrzymać nagrodę, bo również sponsorzy dopisali. W szranki stanęło wielu a efektownie zakończyła na I-szym miejscu kol. Jola Romik, II- gim był Romek Klementowski, a III- cim Jacek Bułdys.
„Nasz” pilot Piotr Stankowski znawca regionów kraju i entuzjasta Rumunii. Bywający w tych stronach nie pierwszy raz. Dobrze znający język rumuński i stąd wspomagał przewodników tłumacząc i od razu oraz wyjaśniając wątpliwości w dobrym tłumaczeniu naszego języka ojczystego. Przedstawiał ciekawe zwyczaje Ruminów, fakty, rytuał cerkiewny, i obowiązują-ce kanony. Dyscyplinował, a jednocześnie dawał też „wolną rękę” w czasie wolnym, instruując obszernie topografię kolejnego spotkania. Panie Piotrze dziękujemy za doskonałą współpracę i opiekę.
Jeszcze jeden konkurs na wyczucie zaproponowany przez pilota wycieczki „o której godzinie przekroczymy polską granicę”? tu najlepszy był kol. Andrzej Pietruszewski (błąd = - 4min).

Co przywieźliśmy? na pewno walizkę pełną wspomnień. Mieliśmy trochę szczęścia i trafiliśmy na świetnego pilota i w miarę dobrą pogodę. Tym optymistycznym akcentem kończę i tak stosunkowo długą relację z tej jakże interesującej podróży, bo Rumunia to barwna mozaika kultur, tradycji i narodowości. Zwiedziliśmy baśniową Wołoszczyznę, skalistą Transylwanię ze wspaniałymi zamkami oraz czarnomorską Dobrudże. Próbowaliśmy poznać te wszystkie atrakcje przyprawiające o zawrót głowy w kilka dni naszej SEP-owskiej turystycznej wyprawy. To wszystko dzięki inspiracji i trudowi organizacji tej wycieczki przez kol. Dorotę Stecko. Jeszcze tradycyjne „100 lat” dla niestrudzonej organizatorki naszych wypraw - Doroty. Ukłony do pasa dla organizatorki tak obfitego pakietu doznań; podziękowania należą się również naszej wspaniałej kol. Wiesi Michałek, która jak zawsze niezmordowanie zbierała zapisy i wpłaty od uczestników wycieczki. Serdeczne dzięki za miłą, koleżeńską atmosferę wszystkim uczestnikom tej wyprawy.

 

Tak wyglądają przykładowe wnętrza pałacu (zdjęcia z Sieci)

 

2016 listopad 25 Zabawa Andrzejkowa .

  • Restauracja „Kasia”
  • Zabawa przy DJ

Tradycja i zwyczaje dobrej zabawy w Kole SEP nr28 Ziemi Nyskiej nie giną. Coroczny trud i podejmowanie wyzwania organizacji „Zabawy Andrzejkowej” przez kol. Małgosię Klimas zaowocowało. Tegoroczna zabawa przy odpowiedniej ilości chętnych została sfinalizowana.

Była to kolejna okazja do zrelaksowania się w odmiennym nastroju, przy muzyce i tańcu. Nastrojowa zabawa w parach, była też okazją by dłużej pobyć ze sobą balsamując swoje wspaniałe uczucia również i w takt muzyki. Obecnie bywa już dużo mniej liczne grono tych, którzy chcą się spotkać się przy muzyce solo. Tym razem Panowie w większości. Czyżby w dusze Pań dotychczasowych uczestniczek sepowskich zabaw andrzejkowych wkradła się „dobra zmiana” niszcząc dotychczasową dobrą energię tą z Tauronu też?. Kreacje pań gustowne i dobrze podkreślające ich wdzięk i urodę.
Sympatyczny (prawie zawsze uśmiechnięty) „DJ Seiwel” wyczuwał nastrój i ducha bawiących się. Odpowiednimi taktami utworów mobilizował do tańca, co przyjmowane było z aprobatą i tak to czasami cała sala bywała na parkiecie. W tej tradycyjnej „Andrzejkowej Zabawie” uczestniczył również przyszły solenizant Andrzej, choć może (moim zadaniem) przez towarzystwo mało zauważony i dopieszczony. Może bawiące się pary tym razem bardziej zajęte były sobą, chcąc spędzić ten taneczny czas razem, ale osobno..
Był to miły wieczór pełen niezapomnianych wrażeń. Dobra muzyka i oczywiście smaczne „jadło” dopełniały reszty.

Kto nie był niech żałuje, bo warto było skusić się na wspólny pobyt szczególnie wśród wirujących par romantycznie patrzących sobie w oczy. Chętni na ciąg dalszy w przyszłym roku sądzę, że na pewno będą. Tylko czy koleżance Małgosi starczy sił i chęci?

 

2016 grudzień Boże Narodzenie i Nowy Rok

  • Życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia;
  • Do siego Nowego Roku.

Niech Wigilijny wieczór przyniesie spokój i radość,
a Święta Bożego Narodzenia spędzone w gronie rodziny
dadzą wytchnienie od codziennych trosk
przyniosą ciepło i nastrojową pogodę ducha.


Kolejny rok niech niesie światło gwiazdy betlejemskiej
oświetlając realizację osobistych zamierzeń,
dając radość, szczęście, życzliwość i pogodę ducha.
Dużo zdrowia na co dzień i niekończącego się entuzjazmu
w działalności na rzecz Koła SEP nr28 Ziemi Nyskiej.


Wasz
SEP – owski kronikarz

Odpowiedź na pytanie/quiz z dnia 23.01.W roku 2001 Koło SEP nr28 zorganizowało wycieczkę do Zakopanego. Uczestnicy Koła byli w Morskim Oku, zwiedzili elektrownię wodną „ Olcza” oraz odbyli wycieczkę do jaskini Mroźnej w Dolinie Kościeliskiej. Była też okazja zobaczyć wesele góralskie w kościele p.w. Matki Boskiej Fatimskiej na Krzeptówkach.


„B Ł Y S K A W I C A” kronika KOŁA SEP nr 28 ZIEMI NYSKIEJ
Tekst – Lech Kotliński (Lekot -„generał”)
Współpracowali – Dorota Stecko, Andrzej Pietruszewski
Zdjęcia – Gracjan Drewniak, Władysław Kamiński, Lech Kotliński, Wiesia Michałek, Andrzej Pietruszewski.
Nysa A.D. 2016